sobota, 31 sierpnia 2013

Pójdziesz z siłą, jaką masz... (Sdz 6,14)


Zbieram się i zbieram do naskrobania tutaj czegoś... No i jak sami widzicie, to zbieranie trwa już prawie pół roku. Ostatni wpis w marcu! Nieźle! Takiej przerwy w pisaniu to chyba nie miałem. Myślę, że wyraża ona trochę stan mojego ducha; wyraża to, co było we mnie...

No, ale wracam. Cieszę się też i dziękuję za to, że mnie mobilizujecie! Widzę, bowiem po statystykach strony, że każdego dnia zagląda tutaj przynajmniej kilka osób. No i dzięki za te mobilizacje słowne, które też utwierdzają mnie w tym, że warto. Wszyscy tu zaglądający: Bądźcie pozdrowieni! :)

Wracając jeszcze trochę do tego stanu ducha... Jak już wspomniałem miniony rok nie był łatwy. Dużo się działo, dlatego tym bardziej czekałem na upragnione wakacje. One są zawsze dla mnie takim wyjątkowym czasem. W tym roku trochę dłużej - bo 6 tygodni. A więc ponad miesiąc rekolekcji, bo tak traktuję właśnie to, co przeżyłem. 
Pamiętam, że gdy kilkukrotnie prowadziłem różne rekolekcje, to często wyjaśniałem na początku, po co przeżywamy taki czas. Mówiłem często: "słowo "Rekolekcje" pochodzi od łacińskiego zwrotu "re-collectio" - zebrać coś na nowo/pozbierać się". I taki był właśnie ten tegoroczny czas moich wakacji. 

A temat? Tu nie mam żadnych wątpliwości. WSPÓLNOTA! Najpierw kapłańskie rekolekcje w Medjugorie. Czas odkrycia na nowo wartości wspólnoty kapłańskiej. Czas przeżywany przede wszystkim wśród kapłanów, których poznałem tam - na miejscu. A miałem wrażenie i poczucie, że znamy się od lat. Wspólnota modlitwy, adoracji, rozmowy i radości. Niezwykłe...

Potem Polska. 
Najpierw ślub siostry - święto i radość najbliższej rodziny. Potem coroczne rekolekcje "Pod Bocianim gniazdem" organizowane w miejscowości rodzinnej moich rodziców. I znów niezwykła pomoc rodziny, tej już szerszej. Bez nich nie dałbym rady tego ogarnąć. No i piękna młodzież. Fajnie być tatą.Potem wyjazd z przyjaciółmi na coroczne (jak to nazywamy) wczaso-rekolekcje. Piękny czas! Cudowne doświadczenie bliskości tych, którzy są niezwykłym darem. I w końcu rowerowa pielgrzymka na Jasną Górę - czas ze wspólnotą, dla której miałem być (i daj Boże - byłem) pasterzem. Już po raz kolejny powierzono mi zadanie, aby jechać jako pierwszy. Cel udało się osiągnąć - wszyscy dotarli do Mamy :) Ale czułem odpowiedzialność. To też było niezwykłe doświadczenie.
Tak... na każdym kroku Pan Bóg uświadamiał mi: Nie jesteś sam!

Pięknym momentem, niemal wieńczącym pielgrzymkę rowerową był ostatni wieczór w Kamyku przed Częstochową. Śpiewając pieśń "Niech Cię Pan błogosławi i strzeże" podchodziliśmy do siebie wzajemnie, i patrząc sobie głęboko w oczy błogosławiliśmy się nawzajem. Ostatni moment tej modlitwy był dla mnie bardzo wyjątkowy. W spontanicznym geście wszyscy podeszli do mnie, położyli na mnie swe ręce i śpiewając tę niezwykłą pieśń udzielili mi błogosławieństwa. Nie jesteś sam! Wspólnota!

I takie były te wakacje... 
W tym roku minęło już 5 lat mojej posługi kapłańskiej. Widzę, jak bardzo sprawdzają się słowa z księgi Rodzaju: "Nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam". Parafrazując te słowa: "Nie jest dobrze, aby ksiądz był sam". I wcale nie chodzi mi tutaj o kwestię celibatu (który odkrywam, jako wielki dar). Widzę, że wiele kapłańskich trudności, a nawet odejść ma swoje źródło właśnie w braku wspólnoty.

Pamiętam przed laty, pewien bliski mi kapłan powiedział: "Pamiętaj, bez wspólnoty zginiesz!". Święte słowa. Potwierdzam. 
Ten miniony rok nie był dla mnie łatwy... W różnych sprawach widziałem przed sobą pewien mur, który mnie przerażał... 

Dziś, zanim otworzyłem po 5 miesiącach mojego bloga, słuchałem ciekawą konferencję. M.in. o Gedeonie. Otóż w księdze Sędziów czytamy o Aniele, który przychodzi do młodego Gedeona i powierza mu bardzo trudną misję, po ludzku wręcz niewykonalną. Gedeon pełen wątpliwości boi się i wyraża swój strach. Wtedy Anioł Pana mówi: "Pójdziesz z siłą, jaką masz". Nie bez obaw Gedeon idzie i dowodząc małą grupą żołnierzy pokonuje 120 tys. wojska Madianitów.
Ja w te wakacje uświadomiłem sobie niezwykłą siłę, którą mam od Boga - siłę wspólnoty! Ty ją też masz!
Więc idź z siłą, jaką masz! Nie jesteś sam!

niedziela, 24 marca 2013

Wielki Post z fotela u dentysty.

Tykający po mojej lewej stronie zegar przypomina mi, że mijają kolejne chwile... Chwile  wypełnione w ostatnim czasie dość intensywnie - spotkaniami, konferencjami, a także spowiedzią! Dla kogoś spoza Francji wykrzyknik postawiony przeze mnie może wydawać się bynajmniej zastanawiający. Spowiedź i wykrzyknik. Ano tak, bo tutaj spowiedź nie jest normą. Jest raczej sporym wyjątkiem. Tym bardziej cieszę się widząc, jak ten sakrament zaczyna przeżywać tutaj swoją nowość. Cieszę się, że i ja mogłem być jakimś narzędziem, przez które działo w tych dniach Boże miłosierdzie.

Te przeżyte dość intensywnie chwile przypominają mi także, że już za parę chwil zaczynamy Wielki Tydzień. Czas postu, jak zwykle, minął (zbyt) szybko. Pustynna Francja nie pomogła w jego przeżyciu. A może to ja za mało szukałem sposobności? Z dystansem spojrzałem też na Ojczyznę. Chyba też z tym Wielkim Postem różnie to wyglądało. Przez te 40 dni przyglądałem się zdjęciom na dość popularnym internetowym serwisie społecznościowym. Wielki Post w Polsce czyli tu imprezka, tam browarek - generalnie "high life". Mało różnic w porównaniu do pozostałych pór roku liturgicznego. Hmm... Chyba się starzeję :) Bo "za moich czasów" :) dyskoteki w Wielkim Poście były raczej nie do pomyślenia. A dziś wydają się być już pewną normą. Ich żywa obecność nie wywołuje raczej większej sensacji...

Kilka tygodni temu byłem u dentysty. Choć każde takie spotkanie jest dla mnie jakimś traumatycznym doświadczeniem, to ostatecznie dałem radę :) Może dzięki temu, że otrzymałem solidne znieczulenie. Nawet nie poczułem wbicia igły! Mimo tak delikatnego wkroczenia w moje dziąsło, ów znieczulenie objawiło z czasem swoją moc. Kiedy na koniec pani poprosiła mnie o "przepłukanie", okazało się, że moja prawa strona ust zupełnie nie funkcjonuje, o czym przekonałem się widząc na moim swetrze sporą plamę. Znieczulenie działało jeszcze kilka godzin. Prawdopodobnie tego popołudnia mój uśmiech wyglądał dość ciekawie, bo jednostronnie.

Dlaczego łączę te 2 sprawy? Otóż patrząc choćby tylko na siebie, wydaje mi się, że troszkę znieczuliliśmy się na Wielki Post. I to znieczulenie weszło w nas - katolików dość niepostrzeżenie. A jednak działa... i to chyba dość konkretnie. Pisząc bardzo ogólnie, mogę chyba postawić tezę, że dziś już coraz częściej nie czujemy, że Wielki Post to ma być jakiś inny czas. Nie czujemy, że dyskoteka w tym czasie to coś nie tak... Boję się, że przy takim znieczuleniu coś ulatuje - to, co istotne; to, co bardzo ważne. To żywa wiara.

Niedziela Palmowa to ostatni dzwonek, aby uzmysłowić sobie, że zbliża się Wielkanoc. To ostatni moment, aby nie przegapić Triduum Paschalnego, aby razem z Chrystusem być w Wieczerniku, iść z nim na Golgotę i w niedzielny poranek razem z nim Zmartwychwstać...

niedziela, 17 lutego 2013

Luźne myśli z "happy end`em".

I znów się zbieram i zbieram do napisania czegokolwiek... Ale zebrać się nie mogę. No, ale w końcu wypada, choćby z szacunku do Was, którzy, jak widzę tutaj zaglądacie (niektórzy z Was dość regularnie).
Hmm... Co napisać? Jaki temat dotknąć? Sporo tego. Rzucę kilka myśli. Wybaczcie za chaos...

Pewnie w tych dniach jakimś szczególnym wydarzeniem jest wiadomość płynąca z Watykanu, a dotycząca naszego papieża Benedykta. Napisano już o tym tak wiele, że nie mam zamiaru robić tutaj kolejnej szczegółowej analizy i przedstawiać moich przypuszczeń, czy intuicji. To, co mnie dotyka w kontekście tej decyzji to powszechne poruszenie w różnych kręgach. To paradoksalnie cieszy, bo pokazuje, że gdzieś tam w głębi człowieczego serca rola papieża jest dość istotna, nawet dla ludzi dalekich od Kościoła. Nawet jeśli ich wypowiedzi mają charakter krytyczny wobec odchodzącego biskupa Rzymu, to pokazują że istnieje coś, co można nazwać "powszechnym ojcostwem papieża".

Oczywiście z dużym rozczarowaniem, a może nawet irytacją przyjąłem pewne komentarze, jakoby "były to stracone lata", bo "papież nic nie zrobił"... I tu szereg pojawiających się zarzutów, kalkowanych w każdym niemal medium, a dotyczących spraw np. pedofilii. Czy my mówimy o tym samym papieżu?

W takich momentach mam wrażenie, że największymi specjalistami od Kościoła są ci, którzy naprawdę nie mają z nim nic wspólnego. To oni chcą zadecydować, co "Kościół musi" i jaki powinien być. Rzeczą wręcz zakrawającą o kpinę jest "troska" o Kościół niektórych polityków (których nazwiskiem nie chcę się kalać), którzy jednocześnie bardzo mocno namawiają do apostazji.

Czy takie spojrzenie nie jest jak patrzenie na witraż z zewnątrz kościoła?

Przykre jest to, że wielu ludzi, także tych obecnych w życiu Kościoła, wchodzi w ten sposób rozumowania, opierając się jedynie na takich doniesieniach medialnych tworzących fałszywy obraz. Mówi mi ktoś dziś: "A wie ksiądz, Pan Jezus miał żonę". "A skąd ta informacja"-pytam? "Bo ostatnio w gazecie czytałem". No tak... "teologia gazetowa"...

Kolejna sprawa. Już kilka osób mówi mi, że moje wpisy mają raczej pesymistyczny charakter. Ciekawe. Nigdy tak na to nie patrzałem. Zawsze myślałem, że to opis rzeczywistości, tego, co widzę. Ale może faktycznie? Raczej jestem typem optymisty (tak mi się przynajmniej wydaje), ale widzę też to zagrożenie, o którym wspomniałem. Może czas "francuskiej pustyni" temu sprzyja?

I tak na koniec: Obserwuję moich kochanych uczniów i wychowanków, z którymi rozpoczynałem moją katechetyczną i wikariuszowską przygodę. Od tamtych chwil mija blisko 5 lat. Niektórym udaje się bardziej, innym mniej. Myślę o nich sporo. Czasem, kiedy widzę te ich zmagania, to jak wchłania ich świat; kiedy widzę nawet ich potknięcia, to myślę, że może za mało włożyłem wysiłku w to, by być ojcem; może za bardzo się wycofałem, zostawiłem ich... hmmm... I znów pesymistycznie? Mimo wszystko chyba nie :) Wierzę, że ponad tym ludzkim wymiarem i słabością jest jeszcze On - Bóg, który pisze po tych różnych krzywych liniach człowieka i Kościoła. Dla niego nie ma nic niemożliwego!

PS. Zachęcam (choćby w ramach wielkopostnego zatrzymania) do obejrzenia ciekawej konferencji Bpa Dajczaka: http://kosciol.wiara.pl/doc/1443757.Bolesna-diagnoza-bp-Dajczaka


Pozdrawiam optymistycznie! :)

piątek, 23 listopada 2012

Gwiazdy nad Strasburgiem.

Oj zakurzony ten mój blog... Często moje wpisy zaczynam od tego, że przepraszam, że mnie tak długo nie było. Wychodzi na to, że i ten raz wypadałoby tak rozpocząć. Więc: Przepraszam :)

Co w Strasburgu? Zależy, z której strony spojrzeć. Jakiś czas temu skończyły się tzw. "wakacje Wszystkich Świętych". Dzieci z okazji tej uroczystości mają 2 tygodnie wolnego od szkoły. Oczywiście nie ma to żadnego przełożenia na praktyki religijne w tym czasie. Myślę, że niewiele dzieciaków kojarzy gdzie leży geneza tej przerwy w zajęciach szkolnych...

Co poza tym? Od dobrych trzech tygodni mamy w sklepach wystrój świąteczny: można kupić czekoladowego "Dziadka Mroza", "piwo bożonarodzeniowe"... Na placu Kleber stoi już wielka choinka... Kupcy rozstawiają stragany przygotowując "wizytówkę" Alzacji - słynne "Marché de Noël". Mówiąc krótko - w powietrzu czuć klimat świąt. Pewnie nie ma on za wiele wspólnego z Panem Jezusem, ale czy jeszcze ma dla kogoś jakieś znaczenie?

Rozglądam się trochę w kierunku wschodnim. Dania, miasteczko Kokkedal... Tam nie będzie klimatu Świąt w tym roku. Radni miejscy "znieśli" Boże Narodzenie. Otwartość europejska nabiera tempa...

Co w Polsce? Jak zawsze ciekawie. I w gospodarce i w polityce i w Kościele. Dość często przeglądam zdjęcia z różnych odpustów i świąt parafialnych. Dobrze, że wciąż są! Na tych zdjęciach brakuje mi trochę młodych ludzi. Może byli w pracy, może w szkole? Pewnie wciąż chętnie korzystają z Lednicy, z pielgrzymki na Jasną Górę i innych tego typu propozycji. Co zrobić, żeby włączyć ich w życie parafii? Pewnie jako duszpasterze musimy to pytanie "wziąć na warsztat". Walka o dusze trwa!


Ostatnio w Polsce pojawił się bardzo dobry miesięcznik "Egzorcysta". Dotyka ważnych spraw i jest ciekawie zrobiony. Jego pojawienie odbiło się echem dość szeroko. Znalazłem komentarze zarówno w mediach amerykańskich, jak i francuskich. Niestety komentarze negatywne, a nawet szydercze. Mówiąc wprost: dziennikarze nabijali się parodiując zachowania egzorcystów i osób opętanych. Myślę, że zmieniliby nieco stosunek gdyby musieli skonfrontować się z taką osobą.

Zachęcony dość ciekawym artykułem z tegoż miesięcznika, postanowiłem podzielić się jednym z artykułów, wplatając go w treść niedzielnego kazania do sióstr zakonnych, których jestem kapelanem. Mówiłem konkretnie o ułożonej przez papieża Leona XIII modlitwie do św. Michała Archanioła (tzw. "mały egzorcyzm"). Wspominałem o kontekście jej powstania, o niezwykłych wydarzeniach związanych z tą modlitwą, a także o owocach, jakie ta modlitwa przynosiła i przynieść może.
Puentą mojej homilii była zachęta do indywidualnego odmawiania tej modlitwy codziennie. Zaproponowałem również, abyśmy poczynając od tego dnia, odmawiali tę modlitwę wspólnie raz w tygodniu, właśnie po niedzielnej Mszy św. Jaka reakcja, spytacie? Ano dość ciekawa właśnie. Jakieś 45 sekund po skończonej celebracji, do zakrystii przyszła siostra przełożona. Czułem, że jej wizyta ma drugie dno. Po dyplomatycznym zagajeniu, przystąpiła do meritum. "Nie życzę sobie, aby ksiądz odmawiał tę modlitwę". Ciekawa reakcja... "Ale siostro, dlaczego? Boi się siostra czegoś?". "Ja się niczego nie boję, ale SIOSTRY sobie nie życzą, żeby ta modlitwa była odmawiana. Jest przecież tyle modlitw: Zdrowaś Maryjo, Ojcze nasz, Litanie... Po co więc jeszcze coś dodawać nowego?" "Ale poza Ojcze nasz nie odmawiamy innych modlitw poza Mszą św." - odpowiedziałem, czując, że moje argumenty nie zmienią już podjętej decyzji. "Siostro, czy te 30 sekund, 4 razy w miesiącu to jest dużo?". "My księdza tu akceptujemy z księdza POLSKĄ KULTURĄ (!)" - skwitowała siostra, tłumacząc następnie, że pod pojęciem "polska kultura" rozumie się mój sposób mówienia (w domyśle: mówienie, że istnieje piekło, szatan, czyściec, spowiedź, że trzeba się nawracać itp.) Wcale nie poczułem się jak Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego... "Siostro, czy "polska kultura" to cytowanie papieży, Katechizmu Kościoła Katolickiego i nauczania Kościoła podczas moich kazań?"... Wymiana zdań trwała jeszcze przez chwilę. Pojawiły się ze strony przełożonej słowa klucze, typu: "Sobór Watykański II", który zniósł (we Francji) prawie wszystko itp. itd. "Siostry sobie nie życzą"... Wiedziałem, że nie warto już tematu rozwijać. Skwitowałem więc rozmowę: "Siostro, szanuję siostry decyzję. To siostra jest tutaj przełożoną, odpowiedzialną za tę wspólnotę. Zrobię więc tak, jak siostra postanowiła, choć nie ukrywam, że jest to dla mnie bardzo zadziwiające i daje mi dużo do myślenia". Rozstaliśmy się w łagodnym tonie, z uśmiechem na twarzy życząc sobie dobrej niedzieli.
Taka to Francja, elegancja...
Wychodząc z kaplicy, nieco przybity, usłyszałem radosny głos innej siostry: "Pięknie, proszę księdza! Jak się cieszę, że będziemy wspólnie odmawiać tę piękną modlitwę". Czyli jednak, nie wszystkie SIOSTRY sobie nie życzą... Nie jest więc tak źle :)
Owoc jest taki, że przynajmniej ja zacząłem tę modlitwę odmawiać codziennie po Mszy św.. Cicho, bo cicho, ale Michał chyba słyszy i będzie robił swoje...
Nad Strasburgiem już noc. W oddali widzę świąteczne lampki migające na jakimś wysokim dźwigu. Dzisiaj gwiazd nie widzę, ale przecież to wcale nie znaczy, że ich nie ma...

czwartek, 13 września 2012

2 światy.

To już prawie 2 tygodnie jestem na nowo we Francji. Jak zwykle po przyjeździe lekki problem z aparatem mowy, który musi się lekko przestawić, zwłaszcza jeśli chodzi o właściwe brzmienie litery "r" :)
Już 2 tygodnie, a myślami ciągle jeszcze w Polsce, tak jakby to było dopiero wczoraj.
Jak zwykle, przez ten ostatni miesiąc działo się dużo. Sierpień minął błyskawicznie. Piękne i intensywne. Piękne, bo w takim Bożym świecie - bez codziennego internetu, komórki w ręku, z modlitwą na ustach i we wspólnocie ludzi patrzących w tę samą stronę. Pięknie...
No, ale trzeba było wrócić tutaj. Ciężko? Pewnie trochę tak. Bo świat zupełnie inny i codzienność bardzo specyficzna.
Jadąc na rowerze do polskiej parafii w Strasburgu mijam na rogu te same prostytutki, które sprzedają "miłość" 100 m od polskiego kościoła. Kojarzę już ich twarze... Czasem już jakby automatycznie chciałoby się powiedzieć: "Bonjour!"... Mijam znów zabieganych ludzi ze słuchawkami na uszach i telefonami w rękach. Nie patrzą na siebie. To inny świat niż ten, który przeżywałem kilka tygodni temu.
Wracam do cichego pokoju na górze. Ja i moje kilkanaście metrów kwadratowych na poddaszu. Przede mną moje okno na świat - internet z dobrym łączem. Ten wirtualny świat też nie daje mi prawdziwej radości. Po kilku tygodniach abstynencji internetowej widzę, że Francja nie różni wiele od Polski.
Chcę sprawdzić wiadomości sportowe na jednym z bardzo popularnych portali. Co się dowiaduję zanim dotrę do sportu? "Herbuś nie ma nic do ukrycia" - krzyczy artykuł ze zdjęciem dekoltu aktorki. "Seksbomba, a ma cellulit" - i kolejne zdjęcie, tym razem dolnej partii innej celebrytki. "Mam kilku partnerów i wszyscy o sobie wiedzą" - głosi kolejne hasło, które sprawia, że rezygnuję z tej strony dość szybko. Jeszcze nie zdążyłem dowiedzieć się o pomeczowych echach meczu polskiej młodzieżówki, a już mój umysł został skażony głupimi obrazami. Gdzie ja jestem? W jakim świecie żyję? Nie chcę go, a on próbuje wedrzeć się we mnie.
Sprawdzam, co u znajomych. Wchodzę więc na "twarzo-książkę", chyba najbardziej popularną stronę na świecie. I cóż? Znów diametralnie inny świat od tego sierpniowego w Polsce. Powiem dosłownie - "kloaka współczesnego świata - oddająca stan społeczeństwa". To spotykam na tej stronie. Nie posądzam ludzi, których mam wśród znajomych o brak inteligencji, brak kultury itd. Jednak mówiąc bardzo generalnie - nie mogę "szamba nazywać perfumerią". Zawsze sądziłem, że takie strony powinny służyć wzajemnej wymianie myśli, podsuwaniu ciekawych treści, artykułów; dzieleniu się swoimi radościami, przemyśleniami etc. (i wielu znajomych właśnie tak dobrze i odpowiedzialnie korzysta z tej strony). Ale kiedy widzę jakieś denne linki, zaproszenia do gierek i aplikacji i wynaturzenia niektórych typu: "właśnie siedzę na kiblu" to mam wrażenie, że nie jestem na portalu społecznościowym, ale w ZOO. Przepraszam za dosadność, ale o ile dobrze pamiętam, to właśnie życie zwierząt opiera się na instynktach. Więc jeśli widzę tylko linki do jakichś głupich stron z prymitywnym humorem (nie będę im robił reklamy) to mam wrażenie, że oglądam program "z kamerą wśród zwierząt". 
Najgorsze jest to, że widzę, jak łatwo jest mi przyzwyczaić się do takiego poziomu, jak bardzo on mnie zaczyna dotykać i skrzywiać moje patrzenie na rzeczywistość. Bo, żeby dostać się do czegoś, co mnie interesuje muszę przebić się przez śmierdzące bagno prymitywizmu.
2 światy... Zupełnie inne. Co robić? Czy rezygnować z życia w tym drugim świecie. Czy zamknąć się w swoim "idealnym" światku? Nie! Byłoby to pójściem na łatwiznę. Trzeba umocnić się w tym Bożym świecie, nim żyć, z niego czerpać siłę, ale też wejść do tego drugiego świata i razem z Bogiem starać się go przemieniać. To jest właśnie ewangelizacja. Jednocześnie nie dać się przedrzeć "tamtemu światu" do tego, co piękne i czyste. To zadanie na pograniczu dwóch światów nie jest to łatwe, ale możliwe. Walka trwa, ale warto ją podjąć.
Oto tegoroczny przykład, że można i trzeba tę walkę toczyć. Obejrzycie koniecznie!!!
(Pozdrawiam ewangelizatorów i twórcę/twórców tego filmiku). (A Wam dziękuję za wierność i za to, że tu jesteście :)
Jak widzicie, wpis po dłuuugiiim czasie; spowodowane pewnie także oddziaływaniem tego 2 świata na ten 1; Pozdrawiam!).


środa, 6 czerwca 2012

Chronos i kairos... do wystrojenia.

Po długim czasie - jestem :)

Spoglądam na kalendarze w moim dwupokojowym mieszkanku na poddaszu. Mam ich trzy. Pierwszy z nich wskazuje mi grudzień Anno Domini 2010, drugi ostatni raz był "przerzucany" w styczniu 2011, a ten ostatni niedawno przerzucili mi przyjaciele. Dzięki nim, jestem w miarę na bieżąco, bo w maju 2012 r. ...

Za to czas trochę nadrabia mi kupiony niedawno zegar z wahadłem. Spieszy się w tej chwili o jakieś 15 minut... Muszę go wystroić...

I takie to moje podejście do czasu, takie einsteinowskie trochę - czyli względne. I mimo, że Albert wielkim uczonym był, to jednak powielanie jego teorii w moim życiu na taką skalę, nie jest najlepszym pomysłem. Przecież będę z tego czasu rozliczony. Tak, tak... W tej materii mam wiele do przepracowania. Ale nie czas na gorzkie żale.

Będąc w Polce zazwyczaj jakoś udaje się dobrze przeżyć czas. Tak było też teraz... Wiele się działo. Rekolekcje charyzmatyczne, Peplin, spływ, rodzina, przyjaciele, Matemblewo.... Pan Bóg działał, to był Jego czas. W Matemblewie przyszło mi mówić kazanie. Miałem jedną myśl, o której zapomniałem powiedzieć. I co ciekawe (uświadamiam sobie to w tym momencie) chciałem właśnie powiedzieć o czasie! Chciałem powiedzieć, że w Biblii na określenie czasu używa się dwóch terminów: "chronos" - to taki zwyczajny, fizyczny czas odmierzany sekundami i minutami... i drugie pojęcie to "kairos" - czas działania Boga, czas Zbawienia...

Kiedy dzielę się z Wami tą myślą o czasie, w tle słyszę rytmiczny dźwięk mojego "wahadłowca", którego nakręciłem 3 dni temu po powrocie z Polski. Na jego wahadle są dwie charakterystyczne dla starych zegarów literki R i A. Ciekawe, że oznaczają one 2 terminy francuskie: R - Retard i A - Avant. W wolnym tłumaczeniu: "za późno" i "za wcześnie". Trzeba tak ustawić, żeby było w sam raz, idealnie... 

Jestem na nowo we Francji... Na nowo nakręcony. Najwyższa pora, aby odpowiednio wystroić... Aby w końcu "chronos" stał się "kairos"...

wtorek, 13 marca 2012

2 dzień kursu...

Nie zawsze jest czas, żeby przysiąść i spisać swoje myśli. A w ostatnim czasie trochę się ich zbiera...

W miniony poniedziałek (tydzień temu) rozpocząłem intensywny kurs języka francuskiego (Ciężko mi samemu się zabrać do nauki języka. Potrzebuję mobilizacji.) Kurs rozpoczął się ciekawie i konkretnie... Pierwszego dnia, niemal przez 3 godziny dyskutowaliśmy na temat religii, wiary i Boga. Ciekawe, prawda? Akurat taki temat był w materiale przygotowanym dużo wcześniej. Przypadek? W każdym razie pomyślałem sobie, że Pan Bóg stawia nam różne zadania, gdziekolwiek jesteśmy.

Natomiast to, o czym chcę napisać dotyczy kolejnego dnia zajęć. Otóż prowadząca kurs "zarzuciła" kolejny wielki temat. Zapytała jakie jest nasze zdanie na temat aborcji. Pomyślałem sobie: "No to jedzie ostro kobita. Ale OK. Damy radę!".

W grupie było nas 6 osób. 1 muzułmanka, 1 katoliczka (wytłumaczyła, że chodzi do kościoła dość rzadko), pozostałe 3 jako "poszukujące" (choć jak się przyznały - przyjęły sakramenty w Kościele Katolickim). No i ja... Jedyny facet w całym gronie... Pomyślałem: "zapowiada się ciekawie". No i faktycznie, w jakimś sensie tak też było.

Wszystkie kobiety opowiedziały się bez większego zawahania za aborcją (jedynie ta deklarująca się jako katoliczka stwierdziła, że jest za aborcją, ale tylko w pojedynczych przypadkach, np. gwałtu). Argumenty, którymi się podpierały są dość dobrze znane, także w Polsce. "Prawo do wyboru; prawo do decyzji; matka nie jest przygotowana; nie miałaby warunków, aby to dziecko wychować itd."...

Oczywiście dziewczyny czekały na mój głos (szczególnie po dość ciekawej dyskusji poprzedniego dnia). Starałem się być spokojny, choć w środku się kotłowało tysiące myśli. Stwierdziłem, że dla mnie ta kwestia nie podlega żadnej dyskusji: "Jestem za życiem. Od poczęcia do naturalnej śmierci. Dla mnie to człowiek i tyle." 

Podniosło się larum. "Jak możesz tak myśleć?! Przecież to przeczy wolności kobiety. Ona ma prawo wybrać czy chce mieć to DZIECKO, czy nie". Oczywiście wykorzystałem użyte słowo DZIECKO i spytałem "czy to dziecko też jest wolne i ma wybór?" Dziwnym trafem dyskusja momentalnie przeskoczyła na tor, że to jeszcze nie jest człowiek, że to tylko płód, zygota itd.

Atmosfera się zagęszczała z minuty na minutę. Nie chciałem cisnąć ostro, ale przecież mówimy o życiu, więc podsumowałem swoją wypowiedź słowami, że problemem współczesnego człowieka jest egoizm. To jest podstawą wielu kwestii. Liczy się "moje ja", "mój brzuch", "moje życie" itd.  I wtedy padła "ciekawa" myśl prowadzącej kurs: "No, ale przecież aborcja to jest całkowite przeciwieństwo egoizmu (!!!)" Kumacie to ludzie? Gdy to usłyszałem, nie mogłem się otrząsnąć. Ej! Aborcja przeciwieństwem egoizmu?! Spytałem więc jak ona to rozumie. Odpowiedziała, że "matka nie chce, aby to dziecko wychowywało się w sytuacji trudnej. Ona chce, aby ono urodziło się wtedy, kiedy będzie miało dobre warunki, więc ona nie chce go urodzić, bo nie jest egoistką". I wtedy zadałem pytanie: "Więc ona chce jego dobra i dlatego go zabija, tak?!" Zapadła cisza, ale bardzo krótka, bo wszystkie panie z uśmiechem na twarzy przeszły do jakiegoś innego, mniej trudnego tematu dotyczącego zadania domowego dotyczącego bodajże rodzajników określonych.

Ja niestety nie miałem głowy do rodzajników. Siedziałem lekko przybity. "Logika współczesnego świata" - pomyślałem...

Ale okazało się, że moje zdziwienie miało się jeszcze pogłębić. Ponieważ po kilku minutach książka z francuskiego przyniosła nam kolejne zadanie, w którym mieliśmy określić nasze stanowisko wobec kary śmierci. Oczywiście od razu zapaliła mi się lampka i pomyślałem - "To nie przypadek! Aborcja, kara śmierci - ciekawe co z tego wyjdzie". No i się zaczęło.

Dziewczyny z zapałem, niemal z wypiekami na twarzy mówiły, że każdy ma prawo do życia, że każdy może się zmienić, że każdemu trzeba dać szansę! "Jesteśmy za życiem, a nie za śmiercią!" Rozumiecie?! Jaka sprzeczność! Przed chwilą walczyły z tym życiem, z tą szansą!

Ja powiedziałem, że potwierdzam to, co mówiłem przed chwilą. "Jestem zawsze za życiem, nawet gdy może się ono wydawać trudne".

Drugi dzień kursu językowego uświadomił mi stan współczesnego społeczeństwa. Niezależnie od kraju, słyszy się te same hasła, te same argumenty przeciw życiu. Myślę, że nie jest bez podstaw zadawanie sobie pytania, "czy ktoś za tym wszystkim nie stoi?"

Patrzę na wydarzenia w Polsce. Protest feministek (bo mam wątpliwość, co do użycia słowa "kobieta" co do tych osób). Tegoroczny protest skupia się przede wszystkim na walce z Kościołem Katolickim. Chcą prawa do aborcji, do antykoncepcji, do finansowania in vitro... Kobiety występujące przeciw macierzyństwu.

Z bólem obserwuję tych, którzy walczą z życiem i widzę wielu innych, bardzo mi bliskich, którzy walczą o życie... 
Cóż napisać? Brak mi słów...

Boże! Miej w opiece jednych i drugich!

PS. Polecam piękne świadectwo (poniżej 2 filmiki). Może niektórym z Was znane.
PS. 2 Dziękuję, jak zawsze, wszystkim za wierne zaglądanie na tę stronę i mobilizowanie mnie do kolejnych wpisów.