Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapłaństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapłaństwo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 sierpnia 2013

Pójdziesz z siłą, jaką masz... (Sdz 6,14)


Zbieram się i zbieram do naskrobania tutaj czegoś... No i jak sami widzicie, to zbieranie trwa już prawie pół roku. Ostatni wpis w marcu! Nieźle! Takiej przerwy w pisaniu to chyba nie miałem. Myślę, że wyraża ona trochę stan mojego ducha; wyraża to, co było we mnie...

No, ale wracam. Cieszę się też i dziękuję za to, że mnie mobilizujecie! Widzę, bowiem po statystykach strony, że każdego dnia zagląda tutaj przynajmniej kilka osób. No i dzięki za te mobilizacje słowne, które też utwierdzają mnie w tym, że warto. Wszyscy tu zaglądający: Bądźcie pozdrowieni! :)

Wracając jeszcze trochę do tego stanu ducha... Jak już wspomniałem miniony rok nie był łatwy. Dużo się działo, dlatego tym bardziej czekałem na upragnione wakacje. One są zawsze dla mnie takim wyjątkowym czasem. W tym roku trochę dłużej - bo 6 tygodni. A więc ponad miesiąc rekolekcji, bo tak traktuję właśnie to, co przeżyłem. 
Pamiętam, że gdy kilkukrotnie prowadziłem różne rekolekcje, to często wyjaśniałem na początku, po co przeżywamy taki czas. Mówiłem często: "słowo "Rekolekcje" pochodzi od łacińskiego zwrotu "re-collectio" - zebrać coś na nowo/pozbierać się". I taki był właśnie ten tegoroczny czas moich wakacji. 

A temat? Tu nie mam żadnych wątpliwości. WSPÓLNOTA! Najpierw kapłańskie rekolekcje w Medjugorie. Czas odkrycia na nowo wartości wspólnoty kapłańskiej. Czas przeżywany przede wszystkim wśród kapłanów, których poznałem tam - na miejscu. A miałem wrażenie i poczucie, że znamy się od lat. Wspólnota modlitwy, adoracji, rozmowy i radości. Niezwykłe...

Potem Polska. 
Najpierw ślub siostry - święto i radość najbliższej rodziny. Potem coroczne rekolekcje "Pod Bocianim gniazdem" organizowane w miejscowości rodzinnej moich rodziców. I znów niezwykła pomoc rodziny, tej już szerszej. Bez nich nie dałbym rady tego ogarnąć. No i piękna młodzież. Fajnie być tatą.Potem wyjazd z przyjaciółmi na coroczne (jak to nazywamy) wczaso-rekolekcje. Piękny czas! Cudowne doświadczenie bliskości tych, którzy są niezwykłym darem. I w końcu rowerowa pielgrzymka na Jasną Górę - czas ze wspólnotą, dla której miałem być (i daj Boże - byłem) pasterzem. Już po raz kolejny powierzono mi zadanie, aby jechać jako pierwszy. Cel udało się osiągnąć - wszyscy dotarli do Mamy :) Ale czułem odpowiedzialność. To też było niezwykłe doświadczenie.
Tak... na każdym kroku Pan Bóg uświadamiał mi: Nie jesteś sam!

Pięknym momentem, niemal wieńczącym pielgrzymkę rowerową był ostatni wieczór w Kamyku przed Częstochową. Śpiewając pieśń "Niech Cię Pan błogosławi i strzeże" podchodziliśmy do siebie wzajemnie, i patrząc sobie głęboko w oczy błogosławiliśmy się nawzajem. Ostatni moment tej modlitwy był dla mnie bardzo wyjątkowy. W spontanicznym geście wszyscy podeszli do mnie, położyli na mnie swe ręce i śpiewając tę niezwykłą pieśń udzielili mi błogosławieństwa. Nie jesteś sam! Wspólnota!

I takie były te wakacje... 
W tym roku minęło już 5 lat mojej posługi kapłańskiej. Widzę, jak bardzo sprawdzają się słowa z księgi Rodzaju: "Nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam". Parafrazując te słowa: "Nie jest dobrze, aby ksiądz był sam". I wcale nie chodzi mi tutaj o kwestię celibatu (który odkrywam, jako wielki dar). Widzę, że wiele kapłańskich trudności, a nawet odejść ma swoje źródło właśnie w braku wspólnoty.

Pamiętam przed laty, pewien bliski mi kapłan powiedział: "Pamiętaj, bez wspólnoty zginiesz!". Święte słowa. Potwierdzam. 
Ten miniony rok nie był dla mnie łatwy... W różnych sprawach widziałem przed sobą pewien mur, który mnie przerażał... 

Dziś, zanim otworzyłem po 5 miesiącach mojego bloga, słuchałem ciekawą konferencję. M.in. o Gedeonie. Otóż w księdze Sędziów czytamy o Aniele, który przychodzi do młodego Gedeona i powierza mu bardzo trudną misję, po ludzku wręcz niewykonalną. Gedeon pełen wątpliwości boi się i wyraża swój strach. Wtedy Anioł Pana mówi: "Pójdziesz z siłą, jaką masz". Nie bez obaw Gedeon idzie i dowodząc małą grupą żołnierzy pokonuje 120 tys. wojska Madianitów.
Ja w te wakacje uświadomiłem sobie niezwykłą siłę, którą mam od Boga - siłę wspólnoty! Ty ją też masz!
Więc idź z siłą, jaką masz! Nie jesteś sam!

niedziela, 17 lutego 2013

Luźne myśli z "happy end`em".

I znów się zbieram i zbieram do napisania czegokolwiek... Ale zebrać się nie mogę. No, ale w końcu wypada, choćby z szacunku do Was, którzy, jak widzę tutaj zaglądacie (niektórzy z Was dość regularnie).
Hmm... Co napisać? Jaki temat dotknąć? Sporo tego. Rzucę kilka myśli. Wybaczcie za chaos...

Pewnie w tych dniach jakimś szczególnym wydarzeniem jest wiadomość płynąca z Watykanu, a dotycząca naszego papieża Benedykta. Napisano już o tym tak wiele, że nie mam zamiaru robić tutaj kolejnej szczegółowej analizy i przedstawiać moich przypuszczeń, czy intuicji. To, co mnie dotyka w kontekście tej decyzji to powszechne poruszenie w różnych kręgach. To paradoksalnie cieszy, bo pokazuje, że gdzieś tam w głębi człowieczego serca rola papieża jest dość istotna, nawet dla ludzi dalekich od Kościoła. Nawet jeśli ich wypowiedzi mają charakter krytyczny wobec odchodzącego biskupa Rzymu, to pokazują że istnieje coś, co można nazwać "powszechnym ojcostwem papieża".

Oczywiście z dużym rozczarowaniem, a może nawet irytacją przyjąłem pewne komentarze, jakoby "były to stracone lata", bo "papież nic nie zrobił"... I tu szereg pojawiających się zarzutów, kalkowanych w każdym niemal medium, a dotyczących spraw np. pedofilii. Czy my mówimy o tym samym papieżu?

W takich momentach mam wrażenie, że największymi specjalistami od Kościoła są ci, którzy naprawdę nie mają z nim nic wspólnego. To oni chcą zadecydować, co "Kościół musi" i jaki powinien być. Rzeczą wręcz zakrawającą o kpinę jest "troska" o Kościół niektórych polityków (których nazwiskiem nie chcę się kalać), którzy jednocześnie bardzo mocno namawiają do apostazji.

Czy takie spojrzenie nie jest jak patrzenie na witraż z zewnątrz kościoła?

Przykre jest to, że wielu ludzi, także tych obecnych w życiu Kościoła, wchodzi w ten sposób rozumowania, opierając się jedynie na takich doniesieniach medialnych tworzących fałszywy obraz. Mówi mi ktoś dziś: "A wie ksiądz, Pan Jezus miał żonę". "A skąd ta informacja"-pytam? "Bo ostatnio w gazecie czytałem". No tak... "teologia gazetowa"...

Kolejna sprawa. Już kilka osób mówi mi, że moje wpisy mają raczej pesymistyczny charakter. Ciekawe. Nigdy tak na to nie patrzałem. Zawsze myślałem, że to opis rzeczywistości, tego, co widzę. Ale może faktycznie? Raczej jestem typem optymisty (tak mi się przynajmniej wydaje), ale widzę też to zagrożenie, o którym wspomniałem. Może czas "francuskiej pustyni" temu sprzyja?

I tak na koniec: Obserwuję moich kochanych uczniów i wychowanków, z którymi rozpoczynałem moją katechetyczną i wikariuszowską przygodę. Od tamtych chwil mija blisko 5 lat. Niektórym udaje się bardziej, innym mniej. Myślę o nich sporo. Czasem, kiedy widzę te ich zmagania, to jak wchłania ich świat; kiedy widzę nawet ich potknięcia, to myślę, że może za mało włożyłem wysiłku w to, by być ojcem; może za bardzo się wycofałem, zostawiłem ich... hmmm... I znów pesymistycznie? Mimo wszystko chyba nie :) Wierzę, że ponad tym ludzkim wymiarem i słabością jest jeszcze On - Bóg, który pisze po tych różnych krzywych liniach człowieka i Kościoła. Dla niego nie ma nic niemożliwego!

PS. Zachęcam (choćby w ramach wielkopostnego zatrzymania) do obejrzenia ciekawej konferencji Bpa Dajczaka: http://kosciol.wiara.pl/doc/1443757.Bolesna-diagnoza-bp-Dajczaka


Pozdrawiam optymistycznie! :)

środa, 15 lutego 2012

La levure...

8 żółtek, 2 całe jajka, 1/3 szklanka cukru... Utrzeć, aż cukier się rozpuści.... 3 i pół szklanki mąki tortowej, 1 szklanka mleka... Pewnie zastanawiacie się, co ja tu kombinuję. Ano kombinuję tutaj coś na jutrzejszy dzień. A jutro - tłusty czwartek! A wiadomo, że w ten dzień punktem centralnym są... Pączki. Ten przysmak łakomczuchów nie jest znany, jako taki, we Francji. Postanowiłem więc spróbować swoich umiejętności kulinarnych i podjąć się zadania upieczenia pączków.

Zakupiłem więc niemal wszystkie produkty potrzebne do produkcji. Niestety z powodu braku jednego ze składników musiałem udać się do innego sklepu. A że godzina była już późna, szybkim krokiem podążyłem do małego marketu, 
nieopodal miejsca mojego zamieszkania, w poszukiwaniu drożdży. Tak! To one są bohaterem mojego dzisiejszego wpisu.

Jedna półka, druga, trzecia, kolejna lodówka, kolejna runda pomiędzy marketowymi ścieżkami... I nic... Czujne oko ochroniarza zaczęło obserwować dziwnego człowieka w czarnym, francuskim kapelusiku na głowie, który czegoś nerwowo szuka. Widziałem, że już chciał do mnie podejść i zapytać... Ale w tym momencie zorientowałem się, że może on nie zrozumieć polskiego słowa: "drożdże" (które pewnie mogłoby dla niego zabrzmieć niczym szuranie butami o polbruk). Zdałem sobie sprawę, że zupełnie nie przychodzi mi do głowy jak po francusku nazywają się "drożdże". Zacząłem nawet w głowie obmyślać, jak to wytłumaczyć. "No wie pan - takie coś co się miesza z mąką i wodą, żeby z tego był chleb, no nie?" - pomyślałem. Ale kiedy wyobraziłem sobie zdziwioną minę czarnoskórego ochroniarza, szybkim krokiem opuściłem malutki markecik, odstawiając przy wyjściu pusty koszyk. "No jo, to pączków nie będzie..."- pomyślałem.

Oczywiście dzisiejsza eskapada w poszukiwaniu drożdży pobudziła moją wyobraźnię. Lawina refleksji... Od razu na myśl przyszły mi słowa z Ewangelii Mateusza: « Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło » (Mt 13,33).

"No tak - myślę sobie - można mieć wszystko: litr oleju, 10 jajek, kilo mąki itd., a tu jedne, małe drożdże i koniec pączkowej przygody..."

Wracając do swojego mieszkania, wyobrażając sobie nieodżałowany smak wyśmienitych pączków, analizowałem dalej zaistniałą sytuację. Tak, wiem! Może to brzmieć bynajmniej komicznie... Ale analityczny umysł nie pozwolił mi przejść obojętnie obok tego swoistego signum temporis.

Co jest moimi drożdżami? Co nadaje smak mojemu życiu? Co sprawia, że to życie rośnie, że ma sens i smakuje?

Mogę mieć wszystko, ale jak nie mam tego jednego składnika, to wszystkie pozostałe jakby tracą wartość.

Powie ktoś: to MIŁOŚĆ! Pewnie można tak powiedzieć. Choć to duże słowo, a duże słowa często można zbanalizować. Więc c
o Bóg pokazuje mi dziś przez te drożdże?

Szukając w myślach odpowiedzi uświadomiłem sobie, że nauczyłem się dziś nowego słowa po francusku: "la levure" (po przyjściu do mieszkania pierwszą czynnością było sprawdzenie w słowniku "jak są drożdże po francusku"). Postanowiłem, aby właśnie ono stało się tytułem dzisiejszego wpisu. Druga sprawa, którą sobie uświadomiłem to fakt, że kiedyś już zatytułowałem jeden ze swoich wpisów właśnie po francusku. Wtedy było to słowo "la solitude" - "samotność". I trzecia rzecz, to myśl, że dla mnie na dziś - tymi drożdżami, których mi brakuje jest chyba właśnie samotność.


Tych, którzy mnie znają może lekko zdziwić taki wniosek... Wszak większość dnia spędzam bez namacalnego kontaktu z ludźmi. Ale chodzi mi o to, że brakuje mi tej samotności, w której jestem sam na sam z Bogiem...

Kiedy zerkniesz na tekst Ewangelii to znajdziesz tam fragmenty, kiedy Jezus zostawał sam. Oddalał się od Apostołów, od uczniów od tych, którzy byli przy nim... Wychodził na miejsce pustynne. Ale szedł tam po to, aby się modlić, aby być w relacji z Ojcem.

I chyba to mi dziś mówi Pan Bóg, przez ten pusty koszyk, w którym zabrakło drożdży...

Może więc trzeba mi mniej uciekać w Gadu-Gadu, Facebooka, sen... a więcej w tą właściwie pojętą samotność, która w istocie jest byciem z Nim - z tym, który "daje wzrost" (1 Kor 3,6).

piątek, 13 stycznia 2012

Kilka słów z pola walki...

Jeszcze tu zaglądacie? Wow! Podziwiam. Ja bym chyba nie miał tyle cierpliwości... "Co on tam robi, że znów tyle czasu nic nie pisze?" (tak bym pewnie pomyślał będąc na Waszym miejscu). Dzięki, że mimo to jesteście :) Cieszę się z Waszej obecności. Łatwiej się pisze mając świadomość, że jest tam ktoś po drugiej stronie.

Nie pojawiałem się tyle, bo m.in. byłem w Ojczyźnie. I to sporo, bo ponad 2 tygodnie. Jak zwykle wiele spraw, spotkań, wizyt... Intensywny i niezwykły czas. 

Często będąc w Polsce fizycznie padam, ale dużo mi to daje. Ale z drugiej strony jakiś taki smutek wkrada się w moje serce. Zresztą, jeśli śledzicie moje wpisy to zauważyliście, że od czasu do czasu mają one właśnie taki charakter - emanują jakąś formą rozgoryczenia. I bardzo często te trudne refleksje dotyczą właśnie Polski. Czasem mam wyrzut, że może zbyt negatywnie, że zbyt smutno... ale utwierdziły mnie w tych moich myślach słowa Jana Pawła II, który mówił przed laty:  "Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja Matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć. Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać. Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!

Obserwuję Polskę i wiele mnie boli. Każdy przyjazd do Polski pokazuje, że z miesiąca na miesiąc to już inna Polska. Myślę, że teraz szczególnie "na tapecie" jest kwestia dotycząca kapłanów i ogólnie Kościoła. Wiele zarzuca się Kościołowi. Nie chcę nawet tego specjalnie wymieniać. Aczkolwiek myślę, że pewnym absurdem jest to, że mówi się "Kościół", a myśli się "Kler". Np. Mówi się "Kościół miesza się do polityki", a myśli się "księża (ewentualnie Radio Maryja) miesza się do polityki". A przecież księża stanowią w Kościele niewielką grupę (Przyjmując, że ok 35 milionów Polaków to katolicy - [a więc członkowie Kościoła], to kapłani [ok 30 000] stanowią zaledwie ok. 0,086 % Kościoła). I właśnie ten niewielki ułamek Kościoła stanowi dla wielu niesamowity problem...

Prawdą jest, że szatan atakuje bardzo mocno polskich kapłanów. Czyni tak wedle starej zasady: "Uderz w pasterza, a rozproszą się owce". Niestety, wielu z nich ulega pokusie, a liczne zarzuty mają swoje podstawy...  To boli... Naprawdę. Dziś, te upadki są zauważalne, jak nigdy, a ludzie mają więcej odwagi by o nich mówić.  Jednak niestety w tym wszystkim ulega się często tzw. generalizacji. Tzn. jeden przypadek przekłada się na wielu, ba! niejednokrotnie na wszystkich kapłanów. Jest to bardzo krzywdzące i podcina skrzydła... Zwłaszcza kiedy się czyta np. tego typu wpisy:  "Czy przyjmujecie ksiedza po kolędzie i dlaczego mu za to jeszcze dajecie koperte,oczywiście w niej pieniążki bo czarnuch ma mało,dlaczego?"

Myślicie, że taki wpis wyjątek? Nie! Tego typu wpisów jest wiele. I nie jest to forum jakichś antyklerykałów, ale przeciętna lokalna strona informacyjna.
Z drugiej strony zarzuca się kapłanom wiele rzeczy, ale czy nie ma w tym nieraz winy wiernych świeckich? Na tym samym forum ktoś inny szuka miejsca: "gdzie odprawia się w miarę sprawnie Mszę". No tak: szybko, łatwo, bezstresowo, bez wymagań, bez zbędnych pytań... Ciekawa ta wiara. Popyt rodzi podaż. Jeśli ludzie wymagają w ten sposób, a więc traktują Kościół jako instytucję usługową, to i niestety księża zamieniają się w zwykłych usługodawców... A potem ludzie się dziwią...
Oj boli to boli... Myślę, że zamiast rozdmuchiwać karygodne przypadki na forach internetowych i wylewać swoje żale na "czarną mafię" trzeba zacząć od zadania sobie pytania: jakim jestem katolikiem? Ile modlę się za tego kapłana, o którym mówię? Czy powtarzam niesprawdzone wiadomości? Czy w jakiś sposób próbowałem pomóc temu kapłanowi?

Potrzeba modlitwy za Kościół w Polsce, który chyba jest jednym z ostatnich bastionów katolicyzmu w Europie. Dlatego szatan tak zaciekle o niego walczy. Nie dajmy się! Nie milczmy, ale walczmy modlitwą, słowem i czynem!

Wszystkim bojownikom dedykuję piosenkę:


wtorek, 11 października 2011

Powyborcze myśli...

Moja nieobecność na blogu spowodowana była nie tylko ciszą wyborczą, ale także licznymi zajęciami w ostatnim czasie... Ale jestem...

Wybory... to temat, który dość mocno odżywa w naszym kraju co pewien czas, wywołując najróżniejsze emocje. Dziś jesteśmy już po kolejnych wyborach parlamentarnych... Dokonaliśmy wyboru... Przepraszam, połowa Polaków dokonała wyboru (bo przecież frekwencja ok. 50 %). 

Nie chcę dokonywać tutaj oceny konkretnych polityków czy partii, bo nie o to mi chodzi (a Ci, którzy znają mnie bliżej, znają moje przekonania - nota bene pięknie streszczone przez Ks. Rafała tutaj). Natomiast z wielkim niepokojem przyjmuję 3 wynik tych wyborów - partię, która w sposób tak oczywisty i konkretny deklaruje swój sprzeciw wobec Kościoła. Niepokoi mnie to, że tak wielu ludzi młodych popiera ten "ruch".

Tegoroczne wybory i fakty, które podkreśliłem potwierdzają moją obawę, że bardzo mocno tracimy w Kościele ludzi młodych. Myślę, że to ostatni dzwonek, żeby coś z tym faktem zrobić.

Od kilkunastu miesięcy spoglądam na Kościół w Polsce z perspektywy zachodu Europy i nie ukrywam, że widzę, go inaczej, chyba bardziej krytycznie. Przyglądam się szczególnie obecności młodzieży w życiu Kościoła. Niestety ze smutkiem muszę stwierdzić, że tracimy młodzież. Owszem - jest Lednica, pielgrzymka... ale co poza tym? Prężnie działają niektóre wspólnoty i stowarzyszenia, ale czy to nie za mało?

Przeglądam zdjęcia z różnych uroczystości o charakterze patriotycznym - nie ma młodzieży (a jeśli jest, to "przysłana na siłę")... Oglądam zdjęcia z odpustów parafialnych - nie ma młodzieży (a jeśli jest... to często tak, jak wyżej napisałem). Oczywiście, to pewna opinia bardzo ogólna i zdaję sobie sprawę, że istnieją świetnie funkcjonujące parafie, w których młodzieży nie trzeba "naganiać".

Przeglądam propozycje działań duszpasterskich proponowane z okazji takich uroczystości. Wśród nich: odsłonięcie tablicy, poświęcenie pomnika, godzina wychowawcza na temat patrona szkoły etc. To wszystko piękne sprawy, ale one nie porywają młodzieży. Tu trzeba czegoś więcej. Czegoś co porwie młodzież. I naprawdę nie chodzi tylko o to, żeby była "beka", bo młodzież potrzebuje i chce pójść w głąb.

Ktoś opowiadał mi, że był gdzieś w Polsce na diecezjalnych obchodach Światowych Dni Młodzieży. To, co go dotknęło to brak w tym miejscu konfesjonałów, gdzie młodzież mogłaby skorzystać z sakramentu spowiedzi; to kapłani w mankiecikach - jakby "z innej bajki"... To może subiektywne odczucie tej konkretnej osoby, ale ono wskazuje, że chyba nie nadążamy...

Bezdyskusyjnie - Kościół, także ten w Polsce, potrzebuje dziś konkretnej ewangelizacji.
Jest wiele najróżniejszych akcji oddolnych, ale brakuje mi zaangażowania "od góry". A przecież właśnie teraz potrzeba tych, którzy podejmą to dzieło, którzy (jak to trafnie ujął na swoim blogu ks. Jacek) wyjdą z wygodnego fotela i ciepłych kapci, by zrobić coś więcej... by zaryzykować... by wypłynąć na głębię...

Nade wszystko trzeba nam gorliwych pasterzy, którzy w mocy Ducha Świętego będą nieśli Ewangelię. 

Módlmy się o nowy zapał ewangelizacyjny dla Kościoła i dla jego pasterzy!

W związku z tym zachęcam wszystkich do włączenia się w przepiękną akcję organizowaną przez KSM Chojnice. Szczegóły tutaj


środa, 6 lipca 2011

Kwiat o przykrym zapachu.

Wypadałoby coś napisać... A może nawet nie tyle wypada, co warto... Choć tyle różnych myśli gdzieś tam siedzi, że trudno to wszystko ująć. 
Tak... dzień za dniem. Wciąż wydaje mi się, jakbym przyjechał tutaj tak niedawno... A przecież jestem tutaj już prawie 17 miesięcy. Na parafii byłem 19... Więc po wakacjach  się wyrówna. Kto by pomyślał? Może nie czuję tego dystansu czasu, bo w porównaniu do Chojnic tutaj nie dzieje się prawie nic. Ale może o to chodzi?
Cieszę się, że jest jeszcze jakiś kontakt z tymi, którzy bliscy sercu, bo pewnie bez tego byłoby ciężko. Dziś sobie myślałem ile czasu dziennie z kimś rozmawiam. Okazuje się, że pewnie średnio nie więcej niż 30-40 minut. Owszem są dni, jak niedziela, czy środa, kiedy jest tej rozmowy więcej, ale są też takie gdzie jest to może maksymalnie 10 minut na cały dzień. Ciekawe... Fajnie, że jest GG, skype, telefon, ale to zawsze inaczej. Nie mam zwyczaju słuchać muzyki gdy coś robię, telewizji też nie oglądam. Więc prawie cały dzień cisza. Myślę, że się przyzwyczaiłem, choć faktycznie jest inaczej.
W rytmie dnia wieczorem często różańczyk po mieście. Niemal codziennie przechodzę przez pewien most, który znajduje się nieopodal. Na nim piękne kwiaty, ale zauważyłem coś bardzo specyficznego. Otóż te kwiaty nie pachną, ale wydają bardzo przykry zapach... Doszedłem do wniosku, że to chyba kwestia braku świeżej wody. Przyszła mi taka myśl-pytanie w kontekście tego mojego czasu tutaj: Czy ja się nie staję właśnie takim kwiatem? czy woda mego serca jest wciąż świeża?
Obserwując różnych ludzi wokoło - kapłanów, małżeństwa, różne osoby - często zastanawiam się, czy ich powołanie, gorliwość, miłość są wciąż świeże? Staram się nieraz wyobrazić te osoby u progu swoich życiowych decyzji. Patrzę na niektórych księży, którzy odbierani są tak, a nie inaczej i myślę sobie: "jaki on był jako neoprezbiter"? Patrzę na niektóre małżeństwa i zadaję sobie pytanie: "jacy oni byli jako narzeczeni"? I patrzę na siebie i pytam: "co zrobić, aby samemu nie popaść w gnuśność, albo rutynę?".
Myślę, że nieustannie potrzebuję tej żywej wody... i wiem, że muszę nieustannie przedzierać się, by być przy źródle. "Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście..." - mówi Pan. Więc chcę iść, choć wiem, że trzeba iść pod prąd...



Ps. Dzięki że tu jeszcze zaglądacie :) - podziwiam cierpliwość :)

piątek, 10 czerwca 2011

Mieć do kogo wrócić...

I znów Francja... Zastanawiam się jak zakończyć to pierwsze zdanie. Może tak: :), a może tak: :( ... Trudno odpowiedzieć...

Francja, małe mieszkanko na poddaszu i ta charakterystyczna cisza wieczoru... Ten klimat, taki inny od tego "polskiego", który przeżywałem przez ostatnie 2 tygodnie.

W wieczornym składaniu myśli towarzyszy mi akompaniament wentylatora mojego laptopa i ciche pomrukiwanie lodówki wypełnionej po brzegi kaszubskimi przysmakami, które przez najbliższe tygodnie będą mi przypominały smak Polski.

Cisza wieczoru i setki myśli. Przez ostatnie 2 tygodnie nie było czasu zbyt dużo myśleć, bo przecież tyle się działo. Aż sam nie wierzę, że aż tak z wieloma osobami udało się spotkać. Tyle kilometrów przebytych na drodze i na wodzie... Dziesiątki spotkań, setki spojrzeń w oczy, uśmiechów, wspólne chwile, wspólna modlitwa i obecność... . A każda osoba to jakieś kazanie dla mnie, to jakaś lekcja i umocnienie na kapłańskiej drodze. I kilka ciekawych zdań, które też zostaną na długo.

Pierwsza myśl wypowiedziana na prymicjach u Krzysia. Jako kapłani jesteśmy posłani nie tylko przez Boga, ale także przez tych, którzy są na drodze naszego życia. I faktycznie to czuję. Czuję w swoim posłaniu te wszystkie osoby, które przez te 28 lat mojego życia mniej lub bardziej wyryły się we mnie. I mimo, że z wieloma z nich nie mam już takiego kontaktu, to naprawdę wiele im zawdzięczam. Czuję, że są częścią mnie...

I druga myśl - znaleziona dziś. "Nie wystarczy mieć dokąd wrócić. Być szczęśliwym, to znaczy mieć świadomość, że ktoś na Ciebie czeka". To też czuję bardzo mocno... Zawsze mam ten wyrzut, że tak mało poświęciłem czasu, tym, którzy są mi tak bliscy, że tak mało okazuję tego, jak bardzo są ważni w moim życiu. 

Jako ludzie jesteśmy w stanie w jakimś stopniu wybrać kierunek drogi swojego życia, ale nie mamy ostatecznego wpływu, kto będzie na tej drodze. Drugi człowiek - dar i tajemnica... Długo by pisać... Cieszę, się, że mam do kogo wracać.

czwartek, 6 stycznia 2011

Boży posłaniec czy windykator?

Już od dawna zamierzałem się, aby coś napisać. Wiele myśli chodzi po głowie... Jedną z nich pragnę się dzisiaj z Wami podzielić. Ma ona związek z tym, o czym pisałem niedawno... O kapłaństwie.

W Polsce po Nowym Roku rozpoczyna się w życiu parafii czas zwany "kolędą". Fachowa nazwa to "wizyta duszpasterska". Sam przypominam sobie ten niezwykły czas mojego "kolędowania". Było to najpierw w Tczewie, w parafii pw. św. Józefa (tam kolędowałem jako diakon). No i ostatnie dwa lata w Chojnickiej "Fatimie"... Niesamowity dar spotkania...


Tym czasem chyba nie wszyscy odbierają tę wizytę tak samo. I nie mówię tutaj o parafianach, ale przede wszystkim o pewnym nastawieniu mediów. 


Otóż przed kilkoma dniami w jednym z dużych portali internetowych, w dziale "praca" pojawił się artykuł/wiadomość pt. "Ile zapłacisz za wizytę księdza po kolędzie?". Sformułowanie faktycznie ściśle biznesowe. Nie chcę reklamować artykułu, ale powiem tylko, że można się z niego dowiedzieć ile powinno się księdzu "dać" w kopercie, w jakich rejonach Polski "daje" się najwięcej, a w jakich ksiądz za dużo "nie zarobi"...

Artykuł oczywiście nie podejmuje kwestii modlitwy, błogosławieństwa, a nawet rozmowy z kapłanem, no ale przecież byłoby to "bardzo niestosowne" w dziale "Praca"... 

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ zauważyłem pewną prawidłowość. Otóż ogólnopolskie (tzw. mainstreamowe) media mają tzw. tematy dyżurne. Każdego roku, w określonej porze, media te przygotowują odpowiednią dawkę "szczepionki", abyśmy czasem nie odebrali zbyt dobrze świąt, uroczystości, czy wydarzeń związanych z życiem Kościoła. 


Aby nie promować konkretnych gazet, pozwólcie, że nieco sparafrazuję autentyczne tytuły. Np. w czasie kolęd - "Uwaga! Księża nadchodzą czyli czarna mafia pobiera haracz". Wielki Czwartek: "Kapłańskie święto! Chcę być księdzem, jak mój tata... Celibat, to wciąż problem". Wizyta papieża (gdziekolwiek): "Długo wyczekiwana wizyta papieża.... Może w końcu będzie zeznawał w sprawie molestowania..." itp. itp.


Przepraszam za wyolbrzymienie, ale cytując pewnego księdza: "mam czasem wrażenie, że my księża, to nic innego nie robimy, tylko chodzimy i gwałcimy".


Dla obiektywności mojej myśli muszę też dodać, że owszem zdarzają się kapłani, którzy postępują źle, a nawet nagannie. I niestety ten proceder jest coraz bardziej widoczny. Ale uwierzcie mi, że tacy kapłani nie stanowią większości. Jedno jest pewne - oni wymagają naszej szczególnej modlitwy, a nawet ofiary postu w ich intencji.Wiem, że szatan atakuje szczególnie kapłanów. Dlatego tak ważna jest ta modlitwa. Szczególną formą modlitwy, którą polecam, jest "Apostolat Margaretka" 
(http://www.margaretka.org.pl/).

O kapłaństwie można byłoby mówić dużo i długo... Pozwólcie, że w ramach podsumowania zaproponuję Wam ciekawy filmik (2 części):


Gorąco pozdrawiam (szczególnie moje "Margaretki"), polecam się Waszym modlitwom i za wszelką modlitewną pamięć: Bóg zapłać!




wtorek, 16 listopada 2010

Koloratka...

16 listopada… godzina 21.36…
To już prawie 9 miesięcy tutaj. I w końcu się coś narodziło. Dziś byłem na pierwszym spotkaniu z moim promotorem. Zaczynam pisać doktorat…
Perypetie z rozpoczęciem moich studiów w ostatecznym rozrachunku zakończyły się pozytywnie. Tak to czasami jest, że Pan Bóg zamyka wiele drzwi, do których pukamy, abyśmy ostatecznie dotarli do tych właściwych…
Ja pukałem do wielu profesorów. Prosiłem o prowadzenie mojej pracy. Wielu odmówiło. Ale w momencie kryzysowym, kilka chwil przed ostatecznym terminem w końcu się udało. Mam promotora. Wśród wielu księży na Uniwersytecie – jedyny w koloratce.
Czy ma to aż takie znaczenie?
Koloratka… mały znak. Po co to właściwie? Czy jest to faktycznie tak potrzebne?
Prawie 2 tygodnie temu rozpocząłem intensywny kurs języka francuskiego. Wspaniała grupa i wielu ciekawych ludzi. Pierwszego dnia przedstawiłem się jako ksiądz katolicki. W przerwie podszedł do mnie jeden z uczestników kursu - młody amerykański żołnierz. Zapytał: "skoro jesteś księdzem, to dlaczego nie masz teraz koloratki"? "No to mnie chłopak pocisnął..." - pomyślałem :) Ale miał rację. Następnego dnia już miałem...
We Francji jeśli ktoś nosi koloratkę, to często przez innych księży jest traktowany jako "taki trochę dziwak" o skłonnościach "raczej skrajnie konserwatywnych". Oczywiście nie chcę generalizować.
Zastanawiam się jednak, czy i do Polski nie docierają podobne nurty?
Tematem mojego doktoratu ma być Nowa Ewangelizacja. Czy jednak dobrze ją rozumiemy?
Jakiego ludzie pragną kapłana?
Chciałbym dziś zaproponować Wam do obejrzenia dwa filmiki. Bohaterami są dwaj kapłani. Każdy z nich jest jakimś przykładem "nowości" w Kościele.
Proszę Was, abyście obejrzeli i swoją opinię wyrazili w komentarzach. Byłbym Wam bardzo wdzięczny.

Pierwszy filmik (nie mogłem go umieścić na stronie, ale wystarczy przejść na stronę). Oto link do tego filmu (reportażu): 

Wystarczy kliknąć tutaj :)

I drugi filmik:

Zapraszam do oglądania i komentowania. Jestem bardzo ciekawy Waszych opinii i spostrzeżeń...

piątek, 17 września 2010

La solitude...

Godzina 22.10… za oknem szmer miasta powoli kończącego kolejny dzień… w pokoju zapalona lampka i cisza…
To pierwsza dziś noc na nowym miejscu, taka „pustynia w mieście”. Bez Internetu, bez muzyki, bez telewizji… Cisza… w której można usłyszeć własne myśli. Już od dawna chodził mi po głowie pewien temat… A dziś w tej ciszy wydaje się on jeszcze bliższy i wyraźniejszy. To temat samotności.
Zagadnienie pewnie niełatwe, trudne do zdefiniowania, jak wiele spraw. Samotność. Pamiętam kilka takich momentów życia, kiedy czuło się tą samotność. Ten specyficzny „ucisk w gardle”, tak, że nie można było prawie nic powiedzieć.
Pewnie ta samotność jest nieodłącznie związana z naszym kapłańskim życiem. Bałem się jej trochę. Pamiętam jak już w seminarium wielokrotnie powtarzano, że musimy nauczyć się tej samotności. I pewnie w jakimś stopniu seminarium było taką lekcją, szczególnie w relacji z rodziną. Ale samotność ma wiele twarzy i wiele wymiarów. Zastanawiałem się, jak to będzie w kapłaństwie z samotnością. Pamiętam świadectwa i słowa kapłanów, którzy dzielili się swoim przeżywaniem tej kwestii. Ale ja tego jakoś szczególnie nie doświadczałem.
Ale doświadczenie samotności jest na tyle ważne w naszym życiu, że nie mogło i mnie ominąć. Dotknęło i mnie, ale nie w sposób traumatyczny, straszny, powodujący długotrwały stan depresyjny J
Jednak czegoś doświadczyłem. Pewnie szczególnie wyjeżdżając przed pół roku z Polski, wypływając na „francuską głębię”. Ale doświadczenie to pojawiło się szczególnie po tegorocznych wakacjach (z resztą przepięknych i obfitujących w wiele wspaniałych wydarzeń). Nie ukrywam, że powrót do Francji nie był łatwy. Nie łatwo jedzie się samemu, a tym bardziej mając świadomość, co się za sobą zostawia. Szklane oczy przez niemal 1200 km… W myślach tak wiele osób, miejsc, spotkań, w których zostawiło się „część siebie”, a tu trzeba iść dalej, w nową rzeczywistość, zaufać, zaryzykować…
Człowiek wspomina, to co było, obserwuje, cieszy się, ale jednak gdzieś w środku to uczucie: „jakże chciałbym być z nimi – tam”…
Ale Pan Bóg wie, co robi… I wiem, że to miejsce, ten czas – tutaj - jest dla mnie ważny. Także czas właśnie takich doświadczeń. Myślę, że kapłańska moc płynie z kilku źródeł. Pierwszym jest moc sakramentu, ale poza nią wielkim źródłem są: celibat i właśnie samotność.
Można by długo i dużo pisać o samotności. O samotności w małżeństwie, o samotności w tłumie ludzi itd. Nie będę jednak tworzył wielkich elaboratów i wywodów. Ale wiem, że Bóg daje nam (nie tylko kapłanom) to doświadczenie, bo przez nie poznajemy jacy jesteśmy naprawdę, poznajemy, kogo naprawdę kochamy…
Więc Boże Tobie zawierzam tego wieczora siebie…
I dziękuję, bo wiem, że „Ty potrzebujesz mych dłoni, mego serca młodego zapałem, mych kropli potu i samotności”…