Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 listopada 2012

Gwiazdy nad Strasburgiem.

Oj zakurzony ten mój blog... Często moje wpisy zaczynam od tego, że przepraszam, że mnie tak długo nie było. Wychodzi na to, że i ten raz wypadałoby tak rozpocząć. Więc: Przepraszam :)

Co w Strasburgu? Zależy, z której strony spojrzeć. Jakiś czas temu skończyły się tzw. "wakacje Wszystkich Świętych". Dzieci z okazji tej uroczystości mają 2 tygodnie wolnego od szkoły. Oczywiście nie ma to żadnego przełożenia na praktyki religijne w tym czasie. Myślę, że niewiele dzieciaków kojarzy gdzie leży geneza tej przerwy w zajęciach szkolnych...

Co poza tym? Od dobrych trzech tygodni mamy w sklepach wystrój świąteczny: można kupić czekoladowego "Dziadka Mroza", "piwo bożonarodzeniowe"... Na placu Kleber stoi już wielka choinka... Kupcy rozstawiają stragany przygotowując "wizytówkę" Alzacji - słynne "Marché de Noël". Mówiąc krótko - w powietrzu czuć klimat świąt. Pewnie nie ma on za wiele wspólnego z Panem Jezusem, ale czy jeszcze ma dla kogoś jakieś znaczenie?

Rozglądam się trochę w kierunku wschodnim. Dania, miasteczko Kokkedal... Tam nie będzie klimatu Świąt w tym roku. Radni miejscy "znieśli" Boże Narodzenie. Otwartość europejska nabiera tempa...

Co w Polsce? Jak zawsze ciekawie. I w gospodarce i w polityce i w Kościele. Dość często przeglądam zdjęcia z różnych odpustów i świąt parafialnych. Dobrze, że wciąż są! Na tych zdjęciach brakuje mi trochę młodych ludzi. Może byli w pracy, może w szkole? Pewnie wciąż chętnie korzystają z Lednicy, z pielgrzymki na Jasną Górę i innych tego typu propozycji. Co zrobić, żeby włączyć ich w życie parafii? Pewnie jako duszpasterze musimy to pytanie "wziąć na warsztat". Walka o dusze trwa!


Ostatnio w Polsce pojawił się bardzo dobry miesięcznik "Egzorcysta". Dotyka ważnych spraw i jest ciekawie zrobiony. Jego pojawienie odbiło się echem dość szeroko. Znalazłem komentarze zarówno w mediach amerykańskich, jak i francuskich. Niestety komentarze negatywne, a nawet szydercze. Mówiąc wprost: dziennikarze nabijali się parodiując zachowania egzorcystów i osób opętanych. Myślę, że zmieniliby nieco stosunek gdyby musieli skonfrontować się z taką osobą.

Zachęcony dość ciekawym artykułem z tegoż miesięcznika, postanowiłem podzielić się jednym z artykułów, wplatając go w treść niedzielnego kazania do sióstr zakonnych, których jestem kapelanem. Mówiłem konkretnie o ułożonej przez papieża Leona XIII modlitwie do św. Michała Archanioła (tzw. "mały egzorcyzm"). Wspominałem o kontekście jej powstania, o niezwykłych wydarzeniach związanych z tą modlitwą, a także o owocach, jakie ta modlitwa przynosiła i przynieść może.
Puentą mojej homilii była zachęta do indywidualnego odmawiania tej modlitwy codziennie. Zaproponowałem również, abyśmy poczynając od tego dnia, odmawiali tę modlitwę wspólnie raz w tygodniu, właśnie po niedzielnej Mszy św. Jaka reakcja, spytacie? Ano dość ciekawa właśnie. Jakieś 45 sekund po skończonej celebracji, do zakrystii przyszła siostra przełożona. Czułem, że jej wizyta ma drugie dno. Po dyplomatycznym zagajeniu, przystąpiła do meritum. "Nie życzę sobie, aby ksiądz odmawiał tę modlitwę". Ciekawa reakcja... "Ale siostro, dlaczego? Boi się siostra czegoś?". "Ja się niczego nie boję, ale SIOSTRY sobie nie życzą, żeby ta modlitwa była odmawiana. Jest przecież tyle modlitw: Zdrowaś Maryjo, Ojcze nasz, Litanie... Po co więc jeszcze coś dodawać nowego?" "Ale poza Ojcze nasz nie odmawiamy innych modlitw poza Mszą św." - odpowiedziałem, czując, że moje argumenty nie zmienią już podjętej decyzji. "Siostro, czy te 30 sekund, 4 razy w miesiącu to jest dużo?". "My księdza tu akceptujemy z księdza POLSKĄ KULTURĄ (!)" - skwitowała siostra, tłumacząc następnie, że pod pojęciem "polska kultura" rozumie się mój sposób mówienia (w domyśle: mówienie, że istnieje piekło, szatan, czyściec, spowiedź, że trzeba się nawracać itp.) Wcale nie poczułem się jak Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego... "Siostro, czy "polska kultura" to cytowanie papieży, Katechizmu Kościoła Katolickiego i nauczania Kościoła podczas moich kazań?"... Wymiana zdań trwała jeszcze przez chwilę. Pojawiły się ze strony przełożonej słowa klucze, typu: "Sobór Watykański II", który zniósł (we Francji) prawie wszystko itp. itd. "Siostry sobie nie życzą"... Wiedziałem, że nie warto już tematu rozwijać. Skwitowałem więc rozmowę: "Siostro, szanuję siostry decyzję. To siostra jest tutaj przełożoną, odpowiedzialną za tę wspólnotę. Zrobię więc tak, jak siostra postanowiła, choć nie ukrywam, że jest to dla mnie bardzo zadziwiające i daje mi dużo do myślenia". Rozstaliśmy się w łagodnym tonie, z uśmiechem na twarzy życząc sobie dobrej niedzieli.
Taka to Francja, elegancja...
Wychodząc z kaplicy, nieco przybity, usłyszałem radosny głos innej siostry: "Pięknie, proszę księdza! Jak się cieszę, że będziemy wspólnie odmawiać tę piękną modlitwę". Czyli jednak, nie wszystkie SIOSTRY sobie nie życzą... Nie jest więc tak źle :)
Owoc jest taki, że przynajmniej ja zacząłem tę modlitwę odmawiać codziennie po Mszy św.. Cicho, bo cicho, ale Michał chyba słyszy i będzie robił swoje...
Nad Strasburgiem już noc. W oddali widzę świąteczne lampki migające na jakimś wysokim dźwigu. Dzisiaj gwiazd nie widzę, ale przecież to wcale nie znaczy, że ich nie ma...

piątek, 16 września 2011

Wojna światów.

No i wyrównuje się czas... 19/19. Kto by pomyślał, że przyjdzie to tak szybko. Tyle samo czasu we Francji ile na parafii w Polsce. Nie czuję tego.... Wydaje mi się, jakbym na parafii był bardzo długo, a tutaj zaledwie chwilę, jak gdybym dopiero przyjechał. Może to też dlatego, że kontakt z Chojnicami jest wciąż tak żywy...

Tak, mimo pobytu na francuskiej ziemi, moje serce jest chyba wciąż w dwóch światach - Polska i Francja (to chyba jakaś forma bilokacji). Ogólnie widzę, że sporo moich refleksji dotyczy właśnie mojego funkcjonowania w tych dwóch światach.

W wakacje też była Polska - miesiąc czasu. Bardzo intensywnie. Po takim czasie zawsze trudno wracać, bo na nowo korzenie zapuszcza się w polską ziemię... Na nowo odżyły różne sprawy. Spotkania...spojrzenie w oczy tych, którzy mimo odległości i braku częstych spotkań są wciąż tak bliscy sercu... I powrót... zawsze trudny... Kilkanaście godzin samotnej jazdy samochodem, piosenki, które znam już na pamięć i to uczucie... takie rzadkie choć w ciągu ostatnich 19 miesięcy pojawiające się dość regularnie, zawsze na tej samej trasie.

No i jestem od dobrych 10 dni na pustynnej francuskiej ziemi. Mówię pustynia, bo faktycznie jest tutaj inny świat. Oczywiście na tej pustyni są piękne oazy (choćby w postaci ludzi tworzących Polską Misję Katolicką), ale jednak pustynia, to zawsze pustynia. Trzeba nauczyć się tutaj żyć. To jest naprawdę inny świat. Dla mnie czas zmagania się, także ze sobą, ze swoimi brakami, wadami...

Podczas pobytu w Polsce często opowiadam, jak tutaj jest. Niestety często nie są to słowa napawające optymizmem. Aż głupio mi nieraz, bo ktoś słuchając mnie, mógłby wywnioskować, że jestem pesymistą (co nie jest prawdą). Ale zauważam, że to negatywne doświadczenie potwierdzają także inni, którzy mniej lub bardziej stykają się z tą kulturą zachodu. Najgorsze jednak jest to, że część naszych rodaków, żyjąc na Zachodzie, zachwyciła się tym światem. Niepokojące jest również to, że ta kultura bardzo mocno zakorzenia się w naszej Ojczyźnie. (Polecam Wam lekturę krótkiego tekstu, który znajdziecie na .stronie http://fasolik.blogspot.com/2011/09/wolnosc-wolnosc-mamy-prawo-do.html, który obrazuje bardzo trafnie to, o czym piszę).

Boję się o Polskę. Piszę o tym prawie w każdym swoim wpisie, ale to naprawdę wynika z mojej troski. Zauważyłem w Polsce niepokojące zjawisko. Zobrazuję to pewnym przykładem. Otóż coraz trudniej jest znaleźć ojca chrzestnego. Pewna bliska osoba mówi mi, że ma z tym problem. Bo "brat z dziewczyną bez ślubu..., wszyscy kuzyni podobnie, albo po rozwodach... Znajomi też takie potrzaskane małżeństwa mają... Kogo wziąć? Przecież oni nie mogą iść do Komunii, oni nie dostaną zaświadczenia od proboszcza, żeby spełniać tak ważną funkcję". Myślę, że ten przykład obrazuje bardzo negatywną tendencję... Ta zachodnioeuropejska "wolność", którą niektórzy się zachwycają sieje spustoszenie w wielu polskich duszach.

Polska przeżywa w tej chwili wojnę dwóch światów: pomiędzy tym, co nazwiemy "sacrum", a tym, co "profanum". Czyż znakiem tego nie jest chociażby ostatnie zmaganie dot. obecności "Nergala" w TVP? Boję się, że w tej wojnie wielu zostanie rannych. Ale wiem, że warto walczyć. Na Zachodzie już nie czuć tej powszechnej walki (jeżeli już to ma ona wymiar bardziej indywidualnego zmagania), ale w Polsce czuć tę walkę dość konkretnie, bo "czarny" ma wciąż o co walczyć. Więc walczmy... Bo dopóki walczymy jesteśmy zwycięzcami.


P.S. Nasza wojna, to nie tylko wojna obronna. Proponuję pierwszą "ustawkę" już w najbliższym czasie. Szczegóły znajdziecie na stronie: http://www.iskra.info.pl/. Podejmijmy walkę!


P.S. 2 - Pozdrawiam wszystkich "cierpliwych", którzy mojej "wakacyjnej" nieobecności wytrwale tu zaglądali :)

środa, 6 lipca 2011

Kwiat o przykrym zapachu.

Wypadałoby coś napisać... A może nawet nie tyle wypada, co warto... Choć tyle różnych myśli gdzieś tam siedzi, że trudno to wszystko ująć. 
Tak... dzień za dniem. Wciąż wydaje mi się, jakbym przyjechał tutaj tak niedawno... A przecież jestem tutaj już prawie 17 miesięcy. Na parafii byłem 19... Więc po wakacjach  się wyrówna. Kto by pomyślał? Może nie czuję tego dystansu czasu, bo w porównaniu do Chojnic tutaj nie dzieje się prawie nic. Ale może o to chodzi?
Cieszę się, że jest jeszcze jakiś kontakt z tymi, którzy bliscy sercu, bo pewnie bez tego byłoby ciężko. Dziś sobie myślałem ile czasu dziennie z kimś rozmawiam. Okazuje się, że pewnie średnio nie więcej niż 30-40 minut. Owszem są dni, jak niedziela, czy środa, kiedy jest tej rozmowy więcej, ale są też takie gdzie jest to może maksymalnie 10 minut na cały dzień. Ciekawe... Fajnie, że jest GG, skype, telefon, ale to zawsze inaczej. Nie mam zwyczaju słuchać muzyki gdy coś robię, telewizji też nie oglądam. Więc prawie cały dzień cisza. Myślę, że się przyzwyczaiłem, choć faktycznie jest inaczej.
W rytmie dnia wieczorem często różańczyk po mieście. Niemal codziennie przechodzę przez pewien most, który znajduje się nieopodal. Na nim piękne kwiaty, ale zauważyłem coś bardzo specyficznego. Otóż te kwiaty nie pachną, ale wydają bardzo przykry zapach... Doszedłem do wniosku, że to chyba kwestia braku świeżej wody. Przyszła mi taka myśl-pytanie w kontekście tego mojego czasu tutaj: Czy ja się nie staję właśnie takim kwiatem? czy woda mego serca jest wciąż świeża?
Obserwując różnych ludzi wokoło - kapłanów, małżeństwa, różne osoby - często zastanawiam się, czy ich powołanie, gorliwość, miłość są wciąż świeże? Staram się nieraz wyobrazić te osoby u progu swoich życiowych decyzji. Patrzę na niektórych księży, którzy odbierani są tak, a nie inaczej i myślę sobie: "jaki on był jako neoprezbiter"? Patrzę na niektóre małżeństwa i zadaję sobie pytanie: "jacy oni byli jako narzeczeni"? I patrzę na siebie i pytam: "co zrobić, aby samemu nie popaść w gnuśność, albo rutynę?".
Myślę, że nieustannie potrzebuję tej żywej wody... i wiem, że muszę nieustannie przedzierać się, by być przy źródle. "Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście..." - mówi Pan. Więc chcę iść, choć wiem, że trzeba iść pod prąd...



Ps. Dzięki że tu jeszcze zaglądacie :) - podziwiam cierpliwość :)

czwartek, 14 kwietnia 2011

Masz już jajka na święconkę? Zostało kilka dni... Pospiesz się!

Zauważyłem, że niemal wszystkie moje wpisy wrzucam na stronkę dość późną porą. Może jakoś pod wieczór te myśli lepiej się układają... A może to wynik tego, że wiele rzeczy odkładam na późną porę. Przyznam się (tak w ramach spowiedzi wielkanocnej), że zawsze miałem z tym problem. I chyba ciągle go jeszcze mam... 

Ostatnie dni Wielkiego Postu... ile to jeszcze rzeczy trzeba zrobić... i znów na ostatni moment.

Jakoś inaczej niż zwykle przeżywam ten czas. Może dlatego, że nie mam możliwości uczestniczyć w cotygodniowej Drodze Krzyżowej, Gorzkich Żalach. Przeżywam ten czas bez typowych rekolekcji wielkopostnych, czy kazań pasyjnych... Jest inaczej. 

Za tydzień rozpoczyna się Triduum Paschalne... Czy ja to czuję?

Pamiętam, że w dobrym przygotowaniu do Wielkanocy kiedyś służyło nam to, że np. słuchało się mniej radia, albo wcale w ogóle rezygnowało się z muzyki.

Ostatnie rozmowy ze znajomymi pomogły nam dojść do niemal identycznych wniosków. Otóż zauważyliśmy, że dziś, nawet w Polsce, Wielki Post jest przeżywany już zupełnie inaczej niż było to całkiem niedawno. Oto choćby jeden przykład. Otóż czytam na jednej z lokalnych stron, dotyczących mojego miasta rodzinnego, że w minioną sobotę (09.04.2011) odbyła się dyskoteka w stylu lat  80-tych i 90-tych. Organizatorzy, za pośrednictwem mediów, zapraszali gorąco do udziału, a także do przebrania się w ubrania z tamtych lat...

Może ktoś powie: "Czym ty się chłopie dziwisz?". Faktycznie, przeglądając niedawno różne informacje znalazłem wiele tego typu "akcji", jak np.: koncerty, wybory Miss, konkursy tańca dyskotekowego etc. Owszem, świat tak czyni... Ale myślę sobie, że kiedy przestanę się temu dziwić, to będzie bardzo zły znak świadczący o moim stanie ducha.

Mam świadomość, że tego typu "imprezy" to nie nowość (sam pamiętam gdy wiele lat podczas Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek przechodziliśmy obok dyskoteki, która tego dnia tętniła swoim życiem). Ale kiedyś to był chyba wyjątek. A dziś mówi się: "to jest normalne", że "to norma"... 

Po co więc jest nam dany czas 40 dniu dni? Czy nie lepiej byłoby ograniczyć Wielki Post do np. 1 lub (maksymalnie) 2 tygodni. Też byśmy się wyrobili... A nie?

Przecież kupić jajka i białą kiełbasę na święconkę się zdąży... A i spowiedź wielkanocną może się uda "odhaczyć", jak dobrze...

Ale czy naprawdę o to chodzi? Czy Wielkanoc mam ograniczyć się do święconki, zająca i lanego Poniedziałku?

Te ostatnie dni mogą być czasem ważnej refleksji i swoistym rachunkiem sumienia. 

Jak przeżyłem ten czas przygotowania? Czy potrafię pościć? (Polska to jedyny kraj w Europie, gdzie pości się w każdy piątek - to nasz wielki skarb!). Jeżeli nie potrafię odmówić sobie "głupiej" kiełbaski, schabowego lub parówki w piątek (w sytuacji gdzie innych produktów są setki), to czy moja wiara ma w ogóle jakąkolwiek namiastkę "głębi"? Jeżeli nie stać mnie na wykonanie takiego "drobiazgu", to czy stać mnie na cokolwiek?

Pytań wiele... Ale jest jeszcze kilka dni... 

I znów wszystko na ostatnią chwilę... Ale On czeka, on JEST...
Daj Mu szansę, by on mógł w Tobie umrzeć i zmartwychwstać!


PS. Z dedykacją dla wszystkich, na ostatnie dni Wielkiego Postu:


poniedziałek, 28 marca 2011

Jak w Paryżu na wsi...

Ostatnie tygodnie i dni przebiegały w dość znaczącym tempie... A przecież to Wielki Post - czas, w którym mam zwolnić, zatrzymać się i zrozumieć, że "to przemijanie ma sens..." Przepraszam Was najmocniej, że nic nie wrzucałem od jakiegoś czasu i jednocześnie dziękuję, że mimo to zaglądacie na tę stronkę... Cieszę się z obecności tak wielu zakątków świata na moim blogu. Pozdrawiam Was wszystkich bardzo gorąco!
No właśnie... Wielki świat, globalna wioska... Dziś jednym kliknięciem można połączyć się z kimś, kto siedzi przed swoim komputerem nawet na drugim krańcu świata. Ot technika! Doczekaliśmy się niezwykłych czasów, odkładając do lamusa historie, gdy szło się "zamówić rozmowę telefoniczną" np. na pocztę lub do sąsiada - jedynego posiadacza telefonu w całej wsi. Globalna wioska... Postęp cywilizacyjny... Zastanawiam się jednak, czy aby ten postęp nie uwstecznia człowieka?
Kilka dni temu miałem możliwość być przez 2 dni w Paryżu. To też taka wioska... Trochę rozciągnięta,ale dobrze skomunikowana. Mieszkańców też sporo, jak to na wiosce - mówią, że około 12 milionów. Doświadczenie niezwykle ciekawe. Niby tylko 2 dni, kilkanaście przejazdów pociągiem, metrem... Ale wizja niezwykła, chyba trochę obraz współczesnego świata. O czym mówię? O zagonieniu. Oczywiście takiego zagonienia doświadczałem wielokrotnie w różnych miejscach Polski i świata, ale tam chyba jakoś bardziej, z większym natężeniem. Być może dlatego to do mnie tak mocno dotarło.
Metro... setki, tysiące ludzi... Tłumy pędzące przed siebie... Ludzie, którzy nie patrzą sobie w oczy, którzy biegną gdzieś przed siebie, jak w amoku, jak roboty lub marionetki. Nie ma rozmów, ale milczenie. Większość ludzi ma w uszach słuchawki. Czy boją się własnych myśli? Wielu trzyma w rękach telefony, często bardzo nowoczesne - z wszystkimi możliwymi bajerami, takie które są w stanie pożreć nam możliwie dużo czasu... Tak, aby nie trzeba było rozmawiać twarzą w twarz, spojrzeć komuś w oczy, albo dostrzec człowieka, który właśnie wszedł do pociągu i prosi o kilka groszy na chleb... Tak, aby nie mieć jakichkolwiek wyrzutów sumienia...
Cywilizacja XXI wieku... Tłum ludzi, ale każdy samotny, zamknięty w swoim małym świecie...
Oczywiście zarysowany przeze mnie obraz nie jest obiektywny, mam tego świadomość. W metrze widziałem też młodą dziewczynę z Pismem świętym w ręku i biskupa w koloratce i z krzyżem na piersiach, ale te wyjątki chyba tylko potwierdzają regułę.
I drugi obraz... Wersal... Piękny zamek, niezwykłe miejsce. Też tłum, tak, że aż trudno się przecisnąć. I niezwykłe doświadczenie - setki ludzi z aparatami w ręku. Niemal każde miejsce musi być sfotografowane. Dlaczego? Czy chodzi naprawdę o to, że to aż tak piękne, że chce się do tego potem wrócić? Być może, ale nie jestem do końca przekonany do takiej interpretacji.
Kojarzy mi się w tym miejscu anegdota. Dwóch Chińczyków rozmawia ze sobą. "Gdzie byłeś w tym roku na wakacjach?"- pyta pierwszy. Na co drugi z nich odpowiada: "Nie wiem, bo jeszcze nie zdążyłem obejrzeć zdjęć".
Wydaje mi się, że tego typu ludzie nie mają dość czasu by zatrzymać się na chwilę i naocznie kontemplować piękno. Nie, oni tylko "strzelą fotkę" i lecą dalej, biegną, bo jeszcze przecież tyle trzeba dziś zwiedzić ("odhaczyć"). Nie jestem przeciwnikiem robienia zdjęć :) Warto przecież wracać do pięknych chwil, które się przeżyło. Ale to robienie zdjęć wszystkiemu to chyba przesada. Ale chyba też obraz tego, że ludzie chcą "uwiecznić doczesność", to znaczy zrobić wszystko, aby to doczesne życie trwało wiecznie. A może to jakaś podświadoma ucieczka przed perspektywą śmierci?
Jedno jest pewne: świat dziś pędzi, a my razem z nim... Czy tego chcemy, czy nie też w jakimś stopniu jesteśmy w tym wirze. Ważne jest jednak, aby w tej globalnej wiosce nauczyć się żyć, wyjąć słuchawki z uszu, umieć dostrzec drugiego człowieka, znaleźć swoje miejsce wyciszenia i na ile to możliwe umieć się zatrzymać, aby zrozumieć, że jest Bóg, który sprawia, że "to przemijanie ma sens, ma sens, ma sens..."

wtorek, 21 grudnia 2010

Ostatnie godziny karpia... czyli Wigilia tuż tuż...

Kilka ostatnich swoich wpisów rozpoczynałem od podawania godziny... dziś na zegarku 23.23... Jutro jadę na święta do Polski :) Po 8 latach wigilia w domu. Jest radość :) Wszystko już przygotowane do wyjazdu. No właśnie... Święta...

Kilkanaście dni temu w ramach świątecznych przygotowań postanowiłem kupić świąteczne kartki. Chodząc po sklepach odkryłem coś, co mnie zaniepokoiło. Nie znalazłem ani jednej kartki, która miałaby jakikolwiek element religijny! Wszystko z jakimś "Gwiazdorem", z choinką, z gwiazdkami, ale nigdzie nawet śladu Pana Jezusa, Maryi, czy Józefa... Nic!

Wśród życzeń, które otrzymałem od Francuzów w przeważającej części życzenia: "Wesołych Świąt końca roku"... Jakie święta "końca roku"? O co tu chodzi? Czy to tylko taka forma używana we Francji? Okazuje się, że nie. To tylko taka forma, żeby nikogo nie urazić, bo przecież we Francji jest tak wiele różnych kultur, a nawet religii, więc trzeba być tolerancyjnym. (!) 

Nie potrafię tego pojąć, jak bardzo można "wypłukać" Święta Narodzenia Jezusa Chrystusa z ich charakteru religijnego, jak można zapomnieć o źródle tych świąt. 
W tym kontekście przypomina mi się pewna sytuacja, która przytrafiła się na lekcji w szkole podstawowej. "Kasiu powiedz nam, jak myślisz, skąd się bierze mleko"? "To proste, proszę pani. Mleko bierze się z kartonika". 

Prawda, jakie to wszystko proste...

W ostatnich dniach zaszokowała mnie jeszcze jedna informacja. Otóż Komisja Europejska wydała kalendarz dla gimnazjalistów na nadchodzący rok. Jednak w kalendarzu tym nie zaznaczono ani Świąt Bożego Narodzenia, ani Wielkanocy, ani Uroczystości Wszystkich Świętych o innych katolickich świętach nie wspominając. Umieszczono za to niektóre święta żydowskie, muzułmańskie, hinduskie. Umieszczono oczywiście święta tak podstawowe jak Halloween i Walentynki... Komisja Europejska zapytana o przyczyny braku świąt chrześcijańskich powiedziała, że "byłoby to niestosowne" (!).

Gdzie my żyjemy?

Obawiam się, że te "cudowne europejskie trendy" docierają także do Polski. Kochani, walczmy o religijny charakter uroczystości i świąt. Walczmy o duchowy charakter naszego życia.



W tym miejscu pragnę gorąco podziękować tym wszystkim, którzy zaglądają na tę stronę. Dzięki ostatnio zamontowanemu "gadżetowi" wiem, z jakich miast jesteście. Więc dziękuję Wam wszystkim - i tym klikającym w Polsce i tym we Francji, Ukrainie, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Portugalii i innych zakątkach świata. Bardzo się cieszę z Waszej obecności :) Pozdrawiam Was gorąco!

Wszystkim Wam życzę, aby święta Bożego Narodzenia były dla Was czasem "nowego narodzenia" w Bogu. Niech Jezus Chrystus, który narodził się z miłości do człowieka, obdarza Was łaską tej nieskończonej miłości. Niech Maryja ma Was w swojej macierzyńskiej opiece... Wam i waszym bliskim - błogosławionych Świąt.

wtorek, 16 listopada 2010

Koloratka...

16 listopada… godzina 21.36…
To już prawie 9 miesięcy tutaj. I w końcu się coś narodziło. Dziś byłem na pierwszym spotkaniu z moim promotorem. Zaczynam pisać doktorat…
Perypetie z rozpoczęciem moich studiów w ostatecznym rozrachunku zakończyły się pozytywnie. Tak to czasami jest, że Pan Bóg zamyka wiele drzwi, do których pukamy, abyśmy ostatecznie dotarli do tych właściwych…
Ja pukałem do wielu profesorów. Prosiłem o prowadzenie mojej pracy. Wielu odmówiło. Ale w momencie kryzysowym, kilka chwil przed ostatecznym terminem w końcu się udało. Mam promotora. Wśród wielu księży na Uniwersytecie – jedyny w koloratce.
Czy ma to aż takie znaczenie?
Koloratka… mały znak. Po co to właściwie? Czy jest to faktycznie tak potrzebne?
Prawie 2 tygodnie temu rozpocząłem intensywny kurs języka francuskiego. Wspaniała grupa i wielu ciekawych ludzi. Pierwszego dnia przedstawiłem się jako ksiądz katolicki. W przerwie podszedł do mnie jeden z uczestników kursu - młody amerykański żołnierz. Zapytał: "skoro jesteś księdzem, to dlaczego nie masz teraz koloratki"? "No to mnie chłopak pocisnął..." - pomyślałem :) Ale miał rację. Następnego dnia już miałem...
We Francji jeśli ktoś nosi koloratkę, to często przez innych księży jest traktowany jako "taki trochę dziwak" o skłonnościach "raczej skrajnie konserwatywnych". Oczywiście nie chcę generalizować.
Zastanawiam się jednak, czy i do Polski nie docierają podobne nurty?
Tematem mojego doktoratu ma być Nowa Ewangelizacja. Czy jednak dobrze ją rozumiemy?
Jakiego ludzie pragną kapłana?
Chciałbym dziś zaproponować Wam do obejrzenia dwa filmiki. Bohaterami są dwaj kapłani. Każdy z nich jest jakimś przykładem "nowości" w Kościele.
Proszę Was, abyście obejrzeli i swoją opinię wyrazili w komentarzach. Byłbym Wam bardzo wdzięczny.

Pierwszy filmik (nie mogłem go umieścić na stronie, ale wystarczy przejść na stronę). Oto link do tego filmu (reportażu): 

Wystarczy kliknąć tutaj :)

I drugi filmik:

Zapraszam do oglądania i komentowania. Jestem bardzo ciekawy Waszych opinii i spostrzeżeń...

piątek, 17 września 2010

La solitude...

Godzina 22.10… za oknem szmer miasta powoli kończącego kolejny dzień… w pokoju zapalona lampka i cisza…
To pierwsza dziś noc na nowym miejscu, taka „pustynia w mieście”. Bez Internetu, bez muzyki, bez telewizji… Cisza… w której można usłyszeć własne myśli. Już od dawna chodził mi po głowie pewien temat… A dziś w tej ciszy wydaje się on jeszcze bliższy i wyraźniejszy. To temat samotności.
Zagadnienie pewnie niełatwe, trudne do zdefiniowania, jak wiele spraw. Samotność. Pamiętam kilka takich momentów życia, kiedy czuło się tą samotność. Ten specyficzny „ucisk w gardle”, tak, że nie można było prawie nic powiedzieć.
Pewnie ta samotność jest nieodłącznie związana z naszym kapłańskim życiem. Bałem się jej trochę. Pamiętam jak już w seminarium wielokrotnie powtarzano, że musimy nauczyć się tej samotności. I pewnie w jakimś stopniu seminarium było taką lekcją, szczególnie w relacji z rodziną. Ale samotność ma wiele twarzy i wiele wymiarów. Zastanawiałem się, jak to będzie w kapłaństwie z samotnością. Pamiętam świadectwa i słowa kapłanów, którzy dzielili się swoim przeżywaniem tej kwestii. Ale ja tego jakoś szczególnie nie doświadczałem.
Ale doświadczenie samotności jest na tyle ważne w naszym życiu, że nie mogło i mnie ominąć. Dotknęło i mnie, ale nie w sposób traumatyczny, straszny, powodujący długotrwały stan depresyjny J
Jednak czegoś doświadczyłem. Pewnie szczególnie wyjeżdżając przed pół roku z Polski, wypływając na „francuską głębię”. Ale doświadczenie to pojawiło się szczególnie po tegorocznych wakacjach (z resztą przepięknych i obfitujących w wiele wspaniałych wydarzeń). Nie ukrywam, że powrót do Francji nie był łatwy. Nie łatwo jedzie się samemu, a tym bardziej mając świadomość, co się za sobą zostawia. Szklane oczy przez niemal 1200 km… W myślach tak wiele osób, miejsc, spotkań, w których zostawiło się „część siebie”, a tu trzeba iść dalej, w nową rzeczywistość, zaufać, zaryzykować…
Człowiek wspomina, to co było, obserwuje, cieszy się, ale jednak gdzieś w środku to uczucie: „jakże chciałbym być z nimi – tam”…
Ale Pan Bóg wie, co robi… I wiem, że to miejsce, ten czas – tutaj - jest dla mnie ważny. Także czas właśnie takich doświadczeń. Myślę, że kapłańska moc płynie z kilku źródeł. Pierwszym jest moc sakramentu, ale poza nią wielkim źródłem są: celibat i właśnie samotność.
Można by długo i dużo pisać o samotności. O samotności w małżeństwie, o samotności w tłumie ludzi itd. Nie będę jednak tworzył wielkich elaboratów i wywodów. Ale wiem, że Bóg daje nam (nie tylko kapłanom) to doświadczenie, bo przez nie poznajemy jacy jesteśmy naprawdę, poznajemy, kogo naprawdę kochamy…
Więc Boże Tobie zawierzam tego wieczora siebie…
I dziękuję, bo wiem, że „Ty potrzebujesz mych dłoni, mego serca młodego zapałem, mych kropli potu i samotności”…

czwartek, 25 lutego 2010

Elegancja Francja...

I znów po długim czasie :)

Zbierałem się i zbierałem, no ale coś trzeba napisać. 


Od niemal tygodnia jestem we Francji. Wyjątkowy to dla mnie czas i sama droga mojego dotarcia tutaj też jest bardzo ciekawa. Wierzę, że tak ma być.


Jakie są moje pierwsze doświadczenia pobytu na terenie "pierwszej córy Kościoła"? Trudno to pewnie sprecyzować. Na pewno trudność języka - dla mnie zupełnie nowego. Pierwsze lekcje, "głęboka orka" :) Ale o wiele istotniejsze doświadczenie to doświadczenie Kościoła. Aż trudno wyrazić w słowach, to czego się tu doświadcza. Kościoły spustoszone, ludzie, którzy nie potrzebują Boga. Według ostatnich danych zaledwie 4 procent Francuzów uczęszcza na niedzielną Mszę św. (przynajmniej raz na 2 tygodnie!). Oczywiście jest grupa bardzo wiernych, rozmodlonych, ale niestety są to ludzie w jesieni życia. Z drugiej strony wielki zalew muzułmanów, których widzi się niemal wszędzie. Czy taki Kościół ma jeszcze przyszłość? Francja to już naprawdę teren misyjny. Co zrobić, aby odrodzić duchowo tych ludzi? Czy w ogóle jest to jeszcze możliwe? Co zrobić, aby podobny kryzys nie dotknął polskiego Kościoła? Trudno znaleźć dobrą odpowiedź.


Od kilku dni spotykam różnych ludzi. Spotykam kapłanów, z którymi szukamy sposobów odrodzenia tego miejsca. Ale czy zdążymy, zanim zaleje nas fala islamu?

Aby mówić o Bogu, najpierw trzeba nauczyć się mówić. Pewnie właśnie na początku tego etapu jestem. Legalnie można tu odprawić 2 Msze w ciągu tygodnia... W inne dni odprawiamy często jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa - w katakumbach. Pusty Kościół i tylko ja i Chrystus. I rodzące się pytanie: W jakim celu tu jestem? Trudno mi było odprawić tę Mszę... Bez wiary ani rusz... A z drugiej strony słowa: "Wystarczy ci mojej łaski..."

Co dalej czas pokaże.