środa, 6 czerwca 2012

Chronos i kairos... do wystrojenia.

Po długim czasie - jestem :)

Spoglądam na kalendarze w moim dwupokojowym mieszkanku na poddaszu. Mam ich trzy. Pierwszy z nich wskazuje mi grudzień Anno Domini 2010, drugi ostatni raz był "przerzucany" w styczniu 2011, a ten ostatni niedawno przerzucili mi przyjaciele. Dzięki nim, jestem w miarę na bieżąco, bo w maju 2012 r. ...

Za to czas trochę nadrabia mi kupiony niedawno zegar z wahadłem. Spieszy się w tej chwili o jakieś 15 minut... Muszę go wystroić...

I takie to moje podejście do czasu, takie einsteinowskie trochę - czyli względne. I mimo, że Albert wielkim uczonym był, to jednak powielanie jego teorii w moim życiu na taką skalę, nie jest najlepszym pomysłem. Przecież będę z tego czasu rozliczony. Tak, tak... W tej materii mam wiele do przepracowania. Ale nie czas na gorzkie żale.

Będąc w Polce zazwyczaj jakoś udaje się dobrze przeżyć czas. Tak było też teraz... Wiele się działo. Rekolekcje charyzmatyczne, Peplin, spływ, rodzina, przyjaciele, Matemblewo.... Pan Bóg działał, to był Jego czas. W Matemblewie przyszło mi mówić kazanie. Miałem jedną myśl, o której zapomniałem powiedzieć. I co ciekawe (uświadamiam sobie to w tym momencie) chciałem właśnie powiedzieć o czasie! Chciałem powiedzieć, że w Biblii na określenie czasu używa się dwóch terminów: "chronos" - to taki zwyczajny, fizyczny czas odmierzany sekundami i minutami... i drugie pojęcie to "kairos" - czas działania Boga, czas Zbawienia...

Kiedy dzielę się z Wami tą myślą o czasie, w tle słyszę rytmiczny dźwięk mojego "wahadłowca", którego nakręciłem 3 dni temu po powrocie z Polski. Na jego wahadle są dwie charakterystyczne dla starych zegarów literki R i A. Ciekawe, że oznaczają one 2 terminy francuskie: R - Retard i A - Avant. W wolnym tłumaczeniu: "za późno" i "za wcześnie". Trzeba tak ustawić, żeby było w sam raz, idealnie... 

Jestem na nowo we Francji... Na nowo nakręcony. Najwyższa pora, aby odpowiednio wystroić... Aby w końcu "chronos" stał się "kairos"...

wtorek, 13 marca 2012

2 dzień kursu...

Nie zawsze jest czas, żeby przysiąść i spisać swoje myśli. A w ostatnim czasie trochę się ich zbiera...

W miniony poniedziałek (tydzień temu) rozpocząłem intensywny kurs języka francuskiego (Ciężko mi samemu się zabrać do nauki języka. Potrzebuję mobilizacji.) Kurs rozpoczął się ciekawie i konkretnie... Pierwszego dnia, niemal przez 3 godziny dyskutowaliśmy na temat religii, wiary i Boga. Ciekawe, prawda? Akurat taki temat był w materiale przygotowanym dużo wcześniej. Przypadek? W każdym razie pomyślałem sobie, że Pan Bóg stawia nam różne zadania, gdziekolwiek jesteśmy.

Natomiast to, o czym chcę napisać dotyczy kolejnego dnia zajęć. Otóż prowadząca kurs "zarzuciła" kolejny wielki temat. Zapytała jakie jest nasze zdanie na temat aborcji. Pomyślałem sobie: "No to jedzie ostro kobita. Ale OK. Damy radę!".

W grupie było nas 6 osób. 1 muzułmanka, 1 katoliczka (wytłumaczyła, że chodzi do kościoła dość rzadko), pozostałe 3 jako "poszukujące" (choć jak się przyznały - przyjęły sakramenty w Kościele Katolickim). No i ja... Jedyny facet w całym gronie... Pomyślałem: "zapowiada się ciekawie". No i faktycznie, w jakimś sensie tak też było.

Wszystkie kobiety opowiedziały się bez większego zawahania za aborcją (jedynie ta deklarująca się jako katoliczka stwierdziła, że jest za aborcją, ale tylko w pojedynczych przypadkach, np. gwałtu). Argumenty, którymi się podpierały są dość dobrze znane, także w Polsce. "Prawo do wyboru; prawo do decyzji; matka nie jest przygotowana; nie miałaby warunków, aby to dziecko wychować itd."...

Oczywiście dziewczyny czekały na mój głos (szczególnie po dość ciekawej dyskusji poprzedniego dnia). Starałem się być spokojny, choć w środku się kotłowało tysiące myśli. Stwierdziłem, że dla mnie ta kwestia nie podlega żadnej dyskusji: "Jestem za życiem. Od poczęcia do naturalnej śmierci. Dla mnie to człowiek i tyle." 

Podniosło się larum. "Jak możesz tak myśleć?! Przecież to przeczy wolności kobiety. Ona ma prawo wybrać czy chce mieć to DZIECKO, czy nie". Oczywiście wykorzystałem użyte słowo DZIECKO i spytałem "czy to dziecko też jest wolne i ma wybór?" Dziwnym trafem dyskusja momentalnie przeskoczyła na tor, że to jeszcze nie jest człowiek, że to tylko płód, zygota itd.

Atmosfera się zagęszczała z minuty na minutę. Nie chciałem cisnąć ostro, ale przecież mówimy o życiu, więc podsumowałem swoją wypowiedź słowami, że problemem współczesnego człowieka jest egoizm. To jest podstawą wielu kwestii. Liczy się "moje ja", "mój brzuch", "moje życie" itd.  I wtedy padła "ciekawa" myśl prowadzącej kurs: "No, ale przecież aborcja to jest całkowite przeciwieństwo egoizmu (!!!)" Kumacie to ludzie? Gdy to usłyszałem, nie mogłem się otrząsnąć. Ej! Aborcja przeciwieństwem egoizmu?! Spytałem więc jak ona to rozumie. Odpowiedziała, że "matka nie chce, aby to dziecko wychowywało się w sytuacji trudnej. Ona chce, aby ono urodziło się wtedy, kiedy będzie miało dobre warunki, więc ona nie chce go urodzić, bo nie jest egoistką". I wtedy zadałem pytanie: "Więc ona chce jego dobra i dlatego go zabija, tak?!" Zapadła cisza, ale bardzo krótka, bo wszystkie panie z uśmiechem na twarzy przeszły do jakiegoś innego, mniej trudnego tematu dotyczącego zadania domowego dotyczącego bodajże rodzajników określonych.

Ja niestety nie miałem głowy do rodzajników. Siedziałem lekko przybity. "Logika współczesnego świata" - pomyślałem...

Ale okazało się, że moje zdziwienie miało się jeszcze pogłębić. Ponieważ po kilku minutach książka z francuskiego przyniosła nam kolejne zadanie, w którym mieliśmy określić nasze stanowisko wobec kary śmierci. Oczywiście od razu zapaliła mi się lampka i pomyślałem - "To nie przypadek! Aborcja, kara śmierci - ciekawe co z tego wyjdzie". No i się zaczęło.

Dziewczyny z zapałem, niemal z wypiekami na twarzy mówiły, że każdy ma prawo do życia, że każdy może się zmienić, że każdemu trzeba dać szansę! "Jesteśmy za życiem, a nie za śmiercią!" Rozumiecie?! Jaka sprzeczność! Przed chwilą walczyły z tym życiem, z tą szansą!

Ja powiedziałem, że potwierdzam to, co mówiłem przed chwilą. "Jestem zawsze za życiem, nawet gdy może się ono wydawać trudne".

Drugi dzień kursu językowego uświadomił mi stan współczesnego społeczeństwa. Niezależnie od kraju, słyszy się te same hasła, te same argumenty przeciw życiu. Myślę, że nie jest bez podstaw zadawanie sobie pytania, "czy ktoś za tym wszystkim nie stoi?"

Patrzę na wydarzenia w Polsce. Protest feministek (bo mam wątpliwość, co do użycia słowa "kobieta" co do tych osób). Tegoroczny protest skupia się przede wszystkim na walce z Kościołem Katolickim. Chcą prawa do aborcji, do antykoncepcji, do finansowania in vitro... Kobiety występujące przeciw macierzyństwu.

Z bólem obserwuję tych, którzy walczą z życiem i widzę wielu innych, bardzo mi bliskich, którzy walczą o życie... 
Cóż napisać? Brak mi słów...

Boże! Miej w opiece jednych i drugich!

PS. Polecam piękne świadectwo (poniżej 2 filmiki). Może niektórym z Was znane.
PS. 2 Dziękuję, jak zawsze, wszystkim za wierne zaglądanie na tę stronę i mobilizowanie mnie do kolejnych wpisów.


środa, 15 lutego 2012

La levure...

8 żółtek, 2 całe jajka, 1/3 szklanka cukru... Utrzeć, aż cukier się rozpuści.... 3 i pół szklanki mąki tortowej, 1 szklanka mleka... Pewnie zastanawiacie się, co ja tu kombinuję. Ano kombinuję tutaj coś na jutrzejszy dzień. A jutro - tłusty czwartek! A wiadomo, że w ten dzień punktem centralnym są... Pączki. Ten przysmak łakomczuchów nie jest znany, jako taki, we Francji. Postanowiłem więc spróbować swoich umiejętności kulinarnych i podjąć się zadania upieczenia pączków.

Zakupiłem więc niemal wszystkie produkty potrzebne do produkcji. Niestety z powodu braku jednego ze składników musiałem udać się do innego sklepu. A że godzina była już późna, szybkim krokiem podążyłem do małego marketu, 
nieopodal miejsca mojego zamieszkania, w poszukiwaniu drożdży. Tak! To one są bohaterem mojego dzisiejszego wpisu.

Jedna półka, druga, trzecia, kolejna lodówka, kolejna runda pomiędzy marketowymi ścieżkami... I nic... Czujne oko ochroniarza zaczęło obserwować dziwnego człowieka w czarnym, francuskim kapelusiku na głowie, który czegoś nerwowo szuka. Widziałem, że już chciał do mnie podejść i zapytać... Ale w tym momencie zorientowałem się, że może on nie zrozumieć polskiego słowa: "drożdże" (które pewnie mogłoby dla niego zabrzmieć niczym szuranie butami o polbruk). Zdałem sobie sprawę, że zupełnie nie przychodzi mi do głowy jak po francusku nazywają się "drożdże". Zacząłem nawet w głowie obmyślać, jak to wytłumaczyć. "No wie pan - takie coś co się miesza z mąką i wodą, żeby z tego był chleb, no nie?" - pomyślałem. Ale kiedy wyobraziłem sobie zdziwioną minę czarnoskórego ochroniarza, szybkim krokiem opuściłem malutki markecik, odstawiając przy wyjściu pusty koszyk. "No jo, to pączków nie będzie..."- pomyślałem.

Oczywiście dzisiejsza eskapada w poszukiwaniu drożdży pobudziła moją wyobraźnię. Lawina refleksji... Od razu na myśl przyszły mi słowa z Ewangelii Mateusza: « Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło » (Mt 13,33).

"No tak - myślę sobie - można mieć wszystko: litr oleju, 10 jajek, kilo mąki itd., a tu jedne, małe drożdże i koniec pączkowej przygody..."

Wracając do swojego mieszkania, wyobrażając sobie nieodżałowany smak wyśmienitych pączków, analizowałem dalej zaistniałą sytuację. Tak, wiem! Może to brzmieć bynajmniej komicznie... Ale analityczny umysł nie pozwolił mi przejść obojętnie obok tego swoistego signum temporis.

Co jest moimi drożdżami? Co nadaje smak mojemu życiu? Co sprawia, że to życie rośnie, że ma sens i smakuje?

Mogę mieć wszystko, ale jak nie mam tego jednego składnika, to wszystkie pozostałe jakby tracą wartość.

Powie ktoś: to MIŁOŚĆ! Pewnie można tak powiedzieć. Choć to duże słowo, a duże słowa często można zbanalizować. Więc c
o Bóg pokazuje mi dziś przez te drożdże?

Szukając w myślach odpowiedzi uświadomiłem sobie, że nauczyłem się dziś nowego słowa po francusku: "la levure" (po przyjściu do mieszkania pierwszą czynnością było sprawdzenie w słowniku "jak są drożdże po francusku"). Postanowiłem, aby właśnie ono stało się tytułem dzisiejszego wpisu. Druga sprawa, którą sobie uświadomiłem to fakt, że kiedyś już zatytułowałem jeden ze swoich wpisów właśnie po francusku. Wtedy było to słowo "la solitude" - "samotność". I trzecia rzecz, to myśl, że dla mnie na dziś - tymi drożdżami, których mi brakuje jest chyba właśnie samotność.


Tych, którzy mnie znają może lekko zdziwić taki wniosek... Wszak większość dnia spędzam bez namacalnego kontaktu z ludźmi. Ale chodzi mi o to, że brakuje mi tej samotności, w której jestem sam na sam z Bogiem...

Kiedy zerkniesz na tekst Ewangelii to znajdziesz tam fragmenty, kiedy Jezus zostawał sam. Oddalał się od Apostołów, od uczniów od tych, którzy byli przy nim... Wychodził na miejsce pustynne. Ale szedł tam po to, aby się modlić, aby być w relacji z Ojcem.

I chyba to mi dziś mówi Pan Bóg, przez ten pusty koszyk, w którym zabrakło drożdży...

Może więc trzeba mi mniej uciekać w Gadu-Gadu, Facebooka, sen... a więcej w tą właściwie pojętą samotność, która w istocie jest byciem z Nim - z tym, który "daje wzrost" (1 Kor 3,6).

piątek, 13 stycznia 2012

Kilka słów z pola walki...

Jeszcze tu zaglądacie? Wow! Podziwiam. Ja bym chyba nie miał tyle cierpliwości... "Co on tam robi, że znów tyle czasu nic nie pisze?" (tak bym pewnie pomyślał będąc na Waszym miejscu). Dzięki, że mimo to jesteście :) Cieszę się z Waszej obecności. Łatwiej się pisze mając świadomość, że jest tam ktoś po drugiej stronie.

Nie pojawiałem się tyle, bo m.in. byłem w Ojczyźnie. I to sporo, bo ponad 2 tygodnie. Jak zwykle wiele spraw, spotkań, wizyt... Intensywny i niezwykły czas. 

Często będąc w Polsce fizycznie padam, ale dużo mi to daje. Ale z drugiej strony jakiś taki smutek wkrada się w moje serce. Zresztą, jeśli śledzicie moje wpisy to zauważyliście, że od czasu do czasu mają one właśnie taki charakter - emanują jakąś formą rozgoryczenia. I bardzo często te trudne refleksje dotyczą właśnie Polski. Czasem mam wyrzut, że może zbyt negatywnie, że zbyt smutno... ale utwierdziły mnie w tych moich myślach słowa Jana Pawła II, który mówił przed laty:  "Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja Matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć. Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać. Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!

Obserwuję Polskę i wiele mnie boli. Każdy przyjazd do Polski pokazuje, że z miesiąca na miesiąc to już inna Polska. Myślę, że teraz szczególnie "na tapecie" jest kwestia dotycząca kapłanów i ogólnie Kościoła. Wiele zarzuca się Kościołowi. Nie chcę nawet tego specjalnie wymieniać. Aczkolwiek myślę, że pewnym absurdem jest to, że mówi się "Kościół", a myśli się "Kler". Np. Mówi się "Kościół miesza się do polityki", a myśli się "księża (ewentualnie Radio Maryja) miesza się do polityki". A przecież księża stanowią w Kościele niewielką grupę (Przyjmując, że ok 35 milionów Polaków to katolicy - [a więc członkowie Kościoła], to kapłani [ok 30 000] stanowią zaledwie ok. 0,086 % Kościoła). I właśnie ten niewielki ułamek Kościoła stanowi dla wielu niesamowity problem...

Prawdą jest, że szatan atakuje bardzo mocno polskich kapłanów. Czyni tak wedle starej zasady: "Uderz w pasterza, a rozproszą się owce". Niestety, wielu z nich ulega pokusie, a liczne zarzuty mają swoje podstawy...  To boli... Naprawdę. Dziś, te upadki są zauważalne, jak nigdy, a ludzie mają więcej odwagi by o nich mówić.  Jednak niestety w tym wszystkim ulega się często tzw. generalizacji. Tzn. jeden przypadek przekłada się na wielu, ba! niejednokrotnie na wszystkich kapłanów. Jest to bardzo krzywdzące i podcina skrzydła... Zwłaszcza kiedy się czyta np. tego typu wpisy:  "Czy przyjmujecie ksiedza po kolędzie i dlaczego mu za to jeszcze dajecie koperte,oczywiście w niej pieniążki bo czarnuch ma mało,dlaczego?"

Myślicie, że taki wpis wyjątek? Nie! Tego typu wpisów jest wiele. I nie jest to forum jakichś antyklerykałów, ale przeciętna lokalna strona informacyjna.
Z drugiej strony zarzuca się kapłanom wiele rzeczy, ale czy nie ma w tym nieraz winy wiernych świeckich? Na tym samym forum ktoś inny szuka miejsca: "gdzie odprawia się w miarę sprawnie Mszę". No tak: szybko, łatwo, bezstresowo, bez wymagań, bez zbędnych pytań... Ciekawa ta wiara. Popyt rodzi podaż. Jeśli ludzie wymagają w ten sposób, a więc traktują Kościół jako instytucję usługową, to i niestety księża zamieniają się w zwykłych usługodawców... A potem ludzie się dziwią...
Oj boli to boli... Myślę, że zamiast rozdmuchiwać karygodne przypadki na forach internetowych i wylewać swoje żale na "czarną mafię" trzeba zacząć od zadania sobie pytania: jakim jestem katolikiem? Ile modlę się za tego kapłana, o którym mówię? Czy powtarzam niesprawdzone wiadomości? Czy w jakiś sposób próbowałem pomóc temu kapłanowi?

Potrzeba modlitwy za Kościół w Polsce, który chyba jest jednym z ostatnich bastionów katolicyzmu w Europie. Dlatego szatan tak zaciekle o niego walczy. Nie dajmy się! Nie milczmy, ale walczmy modlitwą, słowem i czynem!

Wszystkim bojownikom dedykuję piosenkę:


piątek, 16 grudnia 2011

Entuzjazm zapala.

Od kilku dni chodzi za mną pewien filmik znaleziony na youtubie... Proszę obejrzyjcie go zanim zaczniecie czytać dalej.

(polskie napisy powinny włączyć się automatycznie; jeśli ich nie będzie - mimo to obejrzyjcie).



Oglądam ten reportaż już któryś raz, ale wciąż jest on dla mnie niezwykły. Ktoś powie - "wyreżyserowany", "to tylko tak przez chwilę"... Pewnie to prawda, że w życiu tych sióstr są też trudne momenty, które nie sposób było uchwycić w tych kilku minutach.

Jednak to, co mnie zachwyciło, to przede wszystkim niezwykła radość i entuzjazm, który malował się przede wszystkich na ich twarzach i w ich oczach.

Moje poszukiwania naukowe dotyczą Nowej Ewangelizacji. Ona zaczyna się zawsze od "nowego zapału". Ja dostrzegłem go w tych siostrach. To właśnie ten zapał zapala innych do tego, aby pójść za Chrystusem, to on jest źródłem wielu powołań. Tak było w historii Kościoła. To wielcy święci - "boży szaleńcy" porywali swoją osobowością wielu innych. I tak rodziły się choćby różne zgromadzenia zakonne.


Brakuje mi nieraz tego zapału - i we mnie, i w innych, których obserwuję. Czasem ten obraz Kościoła jest taki smutny :( Jeśli pragniemy nowej wiosny Kościoła, to właśnie potrzeba takiego zapału, bożej radości! Módlmy się więc o tą gorliwość i płonące serca. Niech one zapalają, niech płoną!

piątek, 2 grudnia 2011

Adwentowa myśl o domu.

I oto kolejny Adwent... Czas ważny, istotny, choć z racji otaczającej rzeczywistości jakoś trudno mi w niego wejść. "Na mieście" już choinki, lampki, prezenty, świąteczny klimat... Tak, jakby Boże Narodzenie miało być już za kilka dni. Jak się przygotować, jak go przeżyć?

Kilka dni temu byłem w supermarkecie w Niemczech. Wśród różnych produktów zauważyłem "Kalendarz Adwentowy"... W Niemczech to dość znana tradycja. Jednak zastanowiła mnie wielkość tego kalendarza - był jakiś większy. Okazało się, że w 24 okienkach, które otwiera się każdego dnia, mieściły się buteleczki ze złocistym trunkiem rodem z Oktoberfest`u. Ciekawa propozycja przygotowania do świąt... To chyba odzwierciedla ten zachodnioeuropejski klimat przygotowań. Ale czy tylko zachodnioeuropejski?

Pierwsze dni Adwentu to świadomość, że w Polsce rozpoczyna się nowy rok duszpasterski, którego hasłem są słowa "Kościół naszym domem". Piękne słowa - piękna idea. Jednak zastanawiam się na ile jeszcze katolicy w Polsce utożsamiają się z takim twierdzeniem; na ile czują się we wspólnocie Kościoła, jak w domu?

Mój niepokój ma swoje źródło w tym, co zaobserwowałem na forach internetowych stron dotyczących miejscowości, gdzie posługiwałem jako wikariusz. Niemal każda notka dotycząca kwestii wiary, czy Kościoła rodzi wiele negatywnych, a nawet bardzo agresywnych komentarzy. Czytam, że Kościół nie jest tolerancyjny. A może warto zadać sobie pytanie: czy ludzie są tolerancyjni wobec Kościoła?

Obserwując to widzę, jak bardzo ludzie w Polsce uwierzyli pewnym manipulacjom i kłamstwom. Pierwsze kłamstwo to opinia, że Kościół = kler (księża, biskupi etc.). A przecież w istocie duchowieństwo to mały procent Kościoła.

Kolejne kłamstwo, które zostało nawet ujęte w expose pana premiera, to przekonanie, że księża nie płacą podatków, że to "darmozjady" itd. Szok! A więc co ja płaciłem każdego miesiąca do ZUS-u, do Urzędu Skarbowego? (zainteresowanych tematem odsyłam do b. trafnego artykułu: http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/jakie_pieniadze_kosciol_oddaje_panstwu__17035)

Boli mnie w tym wszystkim agresja słowna, nienawiść... Jestem otwarty na zdrową, merytoryczną krytykę - jak najbardziej! I cieszę się, kiedy kapłanom zwraca się uwagę, co do istotnych spraw - tak! my też potrzebujemy głosu wiernych, żeby nie popaść w pychę, rutynę itd. Ale skąd ta nienawiść?

Atakuje się też katechezę w szkołach. "Kościół pcha się do szkół", "Gdzie rozdział państwa i Kościoła?", "W szkołach powinna być etyka" etc... Dużo takich zdań, mało obrony. Ale przecież, o ile pamiętam - to rodzice zapisują dziecko na katechezę. Właśnie - trzeba je zapisać, więc gdzie mowa o zmuszaniu, narzucaniu?
I chyba właśnie najbardziej bolesne jest w tym wszystkim to, że bardzo często takie krytyczne głosy podnoszą Ci, którzy należą do tych 90% katolików w naszym kraju (nota bene: za nich wszystkich proboszczowie płacą podatki), a więc w istocie - członkowie Kościoła, który ma być "naszym domem".

Słowo "dom" kojarzy mi się nie tylko z budynkiem, ale chyba bardziej ze wspólnotą ludzi, którzy go tworzą. Podobnie ma być z Kościołem, który nie jest zbiorem "czarnych mafiozów", którzy narzucają jakieś nieludzkie normy i "doją swoje owieczki"... Kościół to nie instytucja... Kościół to my. Nie dajmy się podzielić! Pamiętajmy, że to szatan jest "ojcem kłamstwa", który posługuje się metodą dzielenia. Szukajmy jedności i bądźmy świadectwem, że tylko Bóg obecny w swoim Kościele jest dawcą szczęścia i sensu życia. Brońmy naszego domu.

Niech Adwent będzie szczególnym czasem refleksji nad tym co się dzieje "w naszym domu", którym jest Kościół...
Wszystkim dedykuję piosenkę o domu...



PS. Do czytelników "Miecza Słowa": Kochani! Nie zawsze mam czas, żeby coś wrzucać. W czasie Adwentu postaram się umieszczać ciekawe kazania znalezione w internecie.

wtorek, 1 listopada 2011

Halloween czy Holy wins? - nocny raport z obserwacji...

Nie chciałem już dziś nic pisać, choć sporo myśli w ostatnim czasie po głowie mi krąży... Ale wszedłem na pewien, bardzo popularny portal społecznościowy. Przeglądam zdjęcia, wpisy... Wiele z nich łączy to samo słowo: "Halloween". No tak, prawie bym zapomniał. Ja już myślałem o Uroczystości Wszystkich Świętych, a przecież jeszcze to "amerykanske" święto, bez którego nie sposób już w Polsce żyć. Nie wiedziałem jednak, że jest ono aż tak popularne. Zabawy, imprezy, bale... Ale czy jest co świętować? Czy jest z czego robić przysłowiową "bekę"? Według mnie - niekoniecznie. Nie mogę czekać, bo myśli mi uciekną. Więc piszę...

Nie chcę w tym miejscu robić teologicznego wykładu na temat historii tego pogańskiego zwyczaju (zainteresowanych odsyłam np. tutaj lub bardzo konkretnie tutaj), ale jedynie wyrazić kilka moich myśli.
Przede wszystkim - ten zwyczaj pokazuje, jak bardzo jesteśmy manipulowani, jak bardzo pewne środowiska narzucają nam treści czy zwyczaje, które są zupełnie niezwiązane z naszą kulturą.

Druga sprawa - abstrahując zupełnie od wymiaru duchowego - co przez ten zwyczaj promujemy? Oglądam wymalowane mordki, umoczone w czerwonej plakatówce; rozczochrane kłaki; wystające kły - słowem - obrzydlistwo. Co to promuje? I czy to tylko zabawa?

Dziś w mediach usłyszałem wypowiedź pewnego zakonnika. Powiedział, że celebrowanie tego zwyczaju, to w istocie świętowanie/kult tych wszystkich, którzy są w piekle. Potwierdza to zresztą Anton LaVey (założyciel tzw. "Kościoła Szatana"), który mówi, że Halloween to najważniejsze święto satanistyczne. Czyli mniej lub bardziej świadomie dzieciaki, przebrane za kościotrupy i inne tego typu cuda, włączają się w święto satanistów.

Nie chcę przesadnie demonizować twierdząc, że każdy uczestnik takich zabaw zostanie np. "opętany", ale nie ukrywam, że przeraża mnie to trochę. Już sam widok tych osób budzi we mnie mieszane uczucia.

Zwyczaj "Halloween" splata się w pewien kontekst naszych czasów. Kontekst życia i śmierci... Podczas "Halloween" ludzie śmieją się w jakiś sposób z rzeczywistości śmierci. Ale czy to nie ma przełożenia na podchodzenia do życia? Według mnie może to sprawiać, że zacierają się pewne istotne sprawy. Dziś ludzie chcą panować nad życiem - od jego początku (in vitro), aż po jego kres (eutanazja, aborcja). Coraz częściej stykam się z przypadkami niedoszłych samobójców lub tych, którzy się okaleczają (nie rozumiem po co?). Z drugiej strony często ludzie płaczą nad losem jakiegoś pieska, który ma skaleczoną łapkę - i wrzucają jego zdjęcia na portale społecznościowe z prośbą, aby poprzeć ich protest o to, aby walczyć o jego życie.

Zacierają się istotne różnice... Nie mam nic przeciw obrońcom praw zwierząt, ale miejmy pewną hierarchię. Brońmy tym bardziej życia ludzkiego.

Tak wielkie widzę te różnice. Ktoś mówił mi o przypadkach 2 ludzi, z którymi zetknął się w ciągu ostatnich kilku dni. Pierwszy - to mały chłopiec, który walczył wraz ze swymi bliskimi o to, aby żyć. A drugi to nieco starszy, ale jeszcze młody człowiek, który walczył ze wszystkimi, aby nie przeszkadzali mu odebrać sobie życie. Skąd te różnice w podejściu do życia?

Myślę, że to kwestia wiary... Tam, gdzie jej brak - tam zaczyna się zabobon, dziwne zwyczaje... Ta pustka musi zostać czymś wypełniona. Ale tylko prawdziwa wiara w Boga przynosi sens, bo to, co inne - prędzej czy później - napełnia pustką.

Niestety dziś często brakuje, zwłaszcza w rodzinie, tych, którzy przekazują prawdziwą, piękną głęboką wiarę... Stąd tak wielką popularnością cieszą się takie zwyczaje, jak choćby Halloween. (Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie osoby, które się tam "bawią", to osoby niewierzące, ale niestety włączają się w ten sposób w ten współczesny "danse macabre"... Tylko, czy szatan zna się na żartach?)


Co więc robić?
Mój kolega zaproponował ciekawą myśl: Gdy ktoś zapuka do jego drzwi z jakimś dziwnym pytaniem: "Cukierek, czy coś tam (nie wiem, co tam się mówi)", to jego piesek pomoże takiej pukającej osobie pobić nowy rekord w sprincie na 100 m.
Pomysł ciekawy :) Natomiast dołączę jeszcze swoje "trzy grosze"...
Myślę, że Kościół powinien ten fakt wykorzystać w odpowiedni sposób. Może bardziej zaakcentować Uroczystość Wszystkich Świętych? W polskiej tradycji ma ta uroczystość, jak dla mnie, wyraz nazbyt pesymistyczny, a przecież to święto tych wszystkich, którym się udało osiągnąć niebo!

Więc pytam Was: Jakie są Wasze propozycje? Co robić?