środa, 26 października 2011

Nie ma złej młodzieży...

Mój ostatni wpis być może miał wydźwięk nieco negatywny. Pisałem o moich niepokojach dotyczących Kościoła w Polsce. Obserwacja ostatnich zdarzeń niewątpliwie jest podstawą do stwierdzenia, że zauważa się pewne uśpieniu czujności, zwłaszcza wśród pasterzy Kościoła... 

Jednak mimo tych niepokojów w moim sercu tli się wciąż nadzieja. Głęboko wierzę, że w Polsce mamy niesamowity potencjał, który można wykorzystać w dziele ewangelizacji. Myślę w tym miejscu o ludziach młodych. 

"Nie ma złej młodzieży, są tylko źli wychowawcy". Mimo, że zdanie to zostało powiedziane przez komunistycznego pedagoga Antona Makarenkę, to jest w nim wiele prawdy. Młodzież potrzebuje dobrych przewodników. Potrzebuje konkretnych autorytetów, które zapalą ich młode serca. Cieszę się, że w tym zwariowanym świecie można mimo wszystko takie autorytety znaleźć. Promujmy je! 

Cieszę się ogromnie, że akcja KSM-u Chojnice, o której ostatnio pisałem osiągnęła cel - także dzięki Waszej pomocy. 

Na koniec przykład ewangelizacji realizowanej przez młodzież. Filmik ten obiegł już wiele portali internetowych, ale myślę, że warto go promować. Bardzo mi się spodobała postawa tych młodych ludzi! Oby takich więcej!

wtorek, 11 października 2011

Powyborcze myśli...

Moja nieobecność na blogu spowodowana była nie tylko ciszą wyborczą, ale także licznymi zajęciami w ostatnim czasie... Ale jestem...

Wybory... to temat, który dość mocno odżywa w naszym kraju co pewien czas, wywołując najróżniejsze emocje. Dziś jesteśmy już po kolejnych wyborach parlamentarnych... Dokonaliśmy wyboru... Przepraszam, połowa Polaków dokonała wyboru (bo przecież frekwencja ok. 50 %). 

Nie chcę dokonywać tutaj oceny konkretnych polityków czy partii, bo nie o to mi chodzi (a Ci, którzy znają mnie bliżej, znają moje przekonania - nota bene pięknie streszczone przez Ks. Rafała tutaj). Natomiast z wielkim niepokojem przyjmuję 3 wynik tych wyborów - partię, która w sposób tak oczywisty i konkretny deklaruje swój sprzeciw wobec Kościoła. Niepokoi mnie to, że tak wielu ludzi młodych popiera ten "ruch".

Tegoroczne wybory i fakty, które podkreśliłem potwierdzają moją obawę, że bardzo mocno tracimy w Kościele ludzi młodych. Myślę, że to ostatni dzwonek, żeby coś z tym faktem zrobić.

Od kilkunastu miesięcy spoglądam na Kościół w Polsce z perspektywy zachodu Europy i nie ukrywam, że widzę, go inaczej, chyba bardziej krytycznie. Przyglądam się szczególnie obecności młodzieży w życiu Kościoła. Niestety ze smutkiem muszę stwierdzić, że tracimy młodzież. Owszem - jest Lednica, pielgrzymka... ale co poza tym? Prężnie działają niektóre wspólnoty i stowarzyszenia, ale czy to nie za mało?

Przeglądam zdjęcia z różnych uroczystości o charakterze patriotycznym - nie ma młodzieży (a jeśli jest, to "przysłana na siłę")... Oglądam zdjęcia z odpustów parafialnych - nie ma młodzieży (a jeśli jest... to często tak, jak wyżej napisałem). Oczywiście, to pewna opinia bardzo ogólna i zdaję sobie sprawę, że istnieją świetnie funkcjonujące parafie, w których młodzieży nie trzeba "naganiać".

Przeglądam propozycje działań duszpasterskich proponowane z okazji takich uroczystości. Wśród nich: odsłonięcie tablicy, poświęcenie pomnika, godzina wychowawcza na temat patrona szkoły etc. To wszystko piękne sprawy, ale one nie porywają młodzieży. Tu trzeba czegoś więcej. Czegoś co porwie młodzież. I naprawdę nie chodzi tylko o to, żeby była "beka", bo młodzież potrzebuje i chce pójść w głąb.

Ktoś opowiadał mi, że był gdzieś w Polsce na diecezjalnych obchodach Światowych Dni Młodzieży. To, co go dotknęło to brak w tym miejscu konfesjonałów, gdzie młodzież mogłaby skorzystać z sakramentu spowiedzi; to kapłani w mankiecikach - jakby "z innej bajki"... To może subiektywne odczucie tej konkretnej osoby, ale ono wskazuje, że chyba nie nadążamy...

Bezdyskusyjnie - Kościół, także ten w Polsce, potrzebuje dziś konkretnej ewangelizacji.
Jest wiele najróżniejszych akcji oddolnych, ale brakuje mi zaangażowania "od góry". A przecież właśnie teraz potrzeba tych, którzy podejmą to dzieło, którzy (jak to trafnie ujął na swoim blogu ks. Jacek) wyjdą z wygodnego fotela i ciepłych kapci, by zrobić coś więcej... by zaryzykować... by wypłynąć na głębię...

Nade wszystko trzeba nam gorliwych pasterzy, którzy w mocy Ducha Świętego będą nieśli Ewangelię. 

Módlmy się o nowy zapał ewangelizacyjny dla Kościoła i dla jego pasterzy!

W związku z tym zachęcam wszystkich do włączenia się w przepiękną akcję organizowaną przez KSM Chojnice. Szczegóły tutaj


piątek, 16 września 2011

Wojna światów.

No i wyrównuje się czas... 19/19. Kto by pomyślał, że przyjdzie to tak szybko. Tyle samo czasu we Francji ile na parafii w Polsce. Nie czuję tego.... Wydaje mi się, jakbym na parafii był bardzo długo, a tutaj zaledwie chwilę, jak gdybym dopiero przyjechał. Może to też dlatego, że kontakt z Chojnicami jest wciąż tak żywy...

Tak, mimo pobytu na francuskiej ziemi, moje serce jest chyba wciąż w dwóch światach - Polska i Francja (to chyba jakaś forma bilokacji). Ogólnie widzę, że sporo moich refleksji dotyczy właśnie mojego funkcjonowania w tych dwóch światach.

W wakacje też była Polska - miesiąc czasu. Bardzo intensywnie. Po takim czasie zawsze trudno wracać, bo na nowo korzenie zapuszcza się w polską ziemię... Na nowo odżyły różne sprawy. Spotkania...spojrzenie w oczy tych, którzy mimo odległości i braku częstych spotkań są wciąż tak bliscy sercu... I powrót... zawsze trudny... Kilkanaście godzin samotnej jazdy samochodem, piosenki, które znam już na pamięć i to uczucie... takie rzadkie choć w ciągu ostatnich 19 miesięcy pojawiające się dość regularnie, zawsze na tej samej trasie.

No i jestem od dobrych 10 dni na pustynnej francuskiej ziemi. Mówię pustynia, bo faktycznie jest tutaj inny świat. Oczywiście na tej pustyni są piękne oazy (choćby w postaci ludzi tworzących Polską Misję Katolicką), ale jednak pustynia, to zawsze pustynia. Trzeba nauczyć się tutaj żyć. To jest naprawdę inny świat. Dla mnie czas zmagania się, także ze sobą, ze swoimi brakami, wadami...

Podczas pobytu w Polsce często opowiadam, jak tutaj jest. Niestety często nie są to słowa napawające optymizmem. Aż głupio mi nieraz, bo ktoś słuchając mnie, mógłby wywnioskować, że jestem pesymistą (co nie jest prawdą). Ale zauważam, że to negatywne doświadczenie potwierdzają także inni, którzy mniej lub bardziej stykają się z tą kulturą zachodu. Najgorsze jednak jest to, że część naszych rodaków, żyjąc na Zachodzie, zachwyciła się tym światem. Niepokojące jest również to, że ta kultura bardzo mocno zakorzenia się w naszej Ojczyźnie. (Polecam Wam lekturę krótkiego tekstu, który znajdziecie na .stronie http://fasolik.blogspot.com/2011/09/wolnosc-wolnosc-mamy-prawo-do.html, który obrazuje bardzo trafnie to, o czym piszę).

Boję się o Polskę. Piszę o tym prawie w każdym swoim wpisie, ale to naprawdę wynika z mojej troski. Zauważyłem w Polsce niepokojące zjawisko. Zobrazuję to pewnym przykładem. Otóż coraz trudniej jest znaleźć ojca chrzestnego. Pewna bliska osoba mówi mi, że ma z tym problem. Bo "brat z dziewczyną bez ślubu..., wszyscy kuzyni podobnie, albo po rozwodach... Znajomi też takie potrzaskane małżeństwa mają... Kogo wziąć? Przecież oni nie mogą iść do Komunii, oni nie dostaną zaświadczenia od proboszcza, żeby spełniać tak ważną funkcję". Myślę, że ten przykład obrazuje bardzo negatywną tendencję... Ta zachodnioeuropejska "wolność", którą niektórzy się zachwycają sieje spustoszenie w wielu polskich duszach.

Polska przeżywa w tej chwili wojnę dwóch światów: pomiędzy tym, co nazwiemy "sacrum", a tym, co "profanum". Czyż znakiem tego nie jest chociażby ostatnie zmaganie dot. obecności "Nergala" w TVP? Boję się, że w tej wojnie wielu zostanie rannych. Ale wiem, że warto walczyć. Na Zachodzie już nie czuć tej powszechnej walki (jeżeli już to ma ona wymiar bardziej indywidualnego zmagania), ale w Polsce czuć tę walkę dość konkretnie, bo "czarny" ma wciąż o co walczyć. Więc walczmy... Bo dopóki walczymy jesteśmy zwycięzcami.


P.S. Nasza wojna, to nie tylko wojna obronna. Proponuję pierwszą "ustawkę" już w najbliższym czasie. Szczegóły znajdziecie na stronie: http://www.iskra.info.pl/. Podejmijmy walkę!


P.S. 2 - Pozdrawiam wszystkich "cierpliwych", którzy mojej "wakacyjnej" nieobecności wytrwale tu zaglądali :)

środa, 6 lipca 2011

Kwiat o przykrym zapachu.

Wypadałoby coś napisać... A może nawet nie tyle wypada, co warto... Choć tyle różnych myśli gdzieś tam siedzi, że trudno to wszystko ująć. 
Tak... dzień za dniem. Wciąż wydaje mi się, jakbym przyjechał tutaj tak niedawno... A przecież jestem tutaj już prawie 17 miesięcy. Na parafii byłem 19... Więc po wakacjach  się wyrówna. Kto by pomyślał? Może nie czuję tego dystansu czasu, bo w porównaniu do Chojnic tutaj nie dzieje się prawie nic. Ale może o to chodzi?
Cieszę się, że jest jeszcze jakiś kontakt z tymi, którzy bliscy sercu, bo pewnie bez tego byłoby ciężko. Dziś sobie myślałem ile czasu dziennie z kimś rozmawiam. Okazuje się, że pewnie średnio nie więcej niż 30-40 minut. Owszem są dni, jak niedziela, czy środa, kiedy jest tej rozmowy więcej, ale są też takie gdzie jest to może maksymalnie 10 minut na cały dzień. Ciekawe... Fajnie, że jest GG, skype, telefon, ale to zawsze inaczej. Nie mam zwyczaju słuchać muzyki gdy coś robię, telewizji też nie oglądam. Więc prawie cały dzień cisza. Myślę, że się przyzwyczaiłem, choć faktycznie jest inaczej.
W rytmie dnia wieczorem często różańczyk po mieście. Niemal codziennie przechodzę przez pewien most, który znajduje się nieopodal. Na nim piękne kwiaty, ale zauważyłem coś bardzo specyficznego. Otóż te kwiaty nie pachną, ale wydają bardzo przykry zapach... Doszedłem do wniosku, że to chyba kwestia braku świeżej wody. Przyszła mi taka myśl-pytanie w kontekście tego mojego czasu tutaj: Czy ja się nie staję właśnie takim kwiatem? czy woda mego serca jest wciąż świeża?
Obserwując różnych ludzi wokoło - kapłanów, małżeństwa, różne osoby - często zastanawiam się, czy ich powołanie, gorliwość, miłość są wciąż świeże? Staram się nieraz wyobrazić te osoby u progu swoich życiowych decyzji. Patrzę na niektórych księży, którzy odbierani są tak, a nie inaczej i myślę sobie: "jaki on był jako neoprezbiter"? Patrzę na niektóre małżeństwa i zadaję sobie pytanie: "jacy oni byli jako narzeczeni"? I patrzę na siebie i pytam: "co zrobić, aby samemu nie popaść w gnuśność, albo rutynę?".
Myślę, że nieustannie potrzebuję tej żywej wody... i wiem, że muszę nieustannie przedzierać się, by być przy źródle. "Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście..." - mówi Pan. Więc chcę iść, choć wiem, że trzeba iść pod prąd...



Ps. Dzięki że tu jeszcze zaglądacie :) - podziwiam cierpliwość :)

piątek, 10 czerwca 2011

Mieć do kogo wrócić...

I znów Francja... Zastanawiam się jak zakończyć to pierwsze zdanie. Może tak: :), a może tak: :( ... Trudno odpowiedzieć...

Francja, małe mieszkanko na poddaszu i ta charakterystyczna cisza wieczoru... Ten klimat, taki inny od tego "polskiego", który przeżywałem przez ostatnie 2 tygodnie.

W wieczornym składaniu myśli towarzyszy mi akompaniament wentylatora mojego laptopa i ciche pomrukiwanie lodówki wypełnionej po brzegi kaszubskimi przysmakami, które przez najbliższe tygodnie będą mi przypominały smak Polski.

Cisza wieczoru i setki myśli. Przez ostatnie 2 tygodnie nie było czasu zbyt dużo myśleć, bo przecież tyle się działo. Aż sam nie wierzę, że aż tak z wieloma osobami udało się spotkać. Tyle kilometrów przebytych na drodze i na wodzie... Dziesiątki spotkań, setki spojrzeń w oczy, uśmiechów, wspólne chwile, wspólna modlitwa i obecność... . A każda osoba to jakieś kazanie dla mnie, to jakaś lekcja i umocnienie na kapłańskiej drodze. I kilka ciekawych zdań, które też zostaną na długo.

Pierwsza myśl wypowiedziana na prymicjach u Krzysia. Jako kapłani jesteśmy posłani nie tylko przez Boga, ale także przez tych, którzy są na drodze naszego życia. I faktycznie to czuję. Czuję w swoim posłaniu te wszystkie osoby, które przez te 28 lat mojego życia mniej lub bardziej wyryły się we mnie. I mimo, że z wieloma z nich nie mam już takiego kontaktu, to naprawdę wiele im zawdzięczam. Czuję, że są częścią mnie...

I druga myśl - znaleziona dziś. "Nie wystarczy mieć dokąd wrócić. Być szczęśliwym, to znaczy mieć świadomość, że ktoś na Ciebie czeka". To też czuję bardzo mocno... Zawsze mam ten wyrzut, że tak mało poświęciłem czasu, tym, którzy są mi tak bliscy, że tak mało okazuję tego, jak bardzo są ważni w moim życiu. 

Jako ludzie jesteśmy w stanie w jakimś stopniu wybrać kierunek drogi swojego życia, ale nie mamy ostatecznego wpływu, kto będzie na tej drodze. Drugi człowiek - dar i tajemnica... Długo by pisać... Cieszę, się, że mam do kogo wracać.

piątek, 13 maja 2011

Maj... wspomnienia smaku oranżady :)

(Niestety wczoraj były jakieś zawirowania w serwisie blogger, co sprawiło, że "wcięło mi" wpis i komentarze :( . Więc piszę jeszcze raz).
Maj to tak piękny miesiąc... Z bardzo różnych powodów. Jednym z wydarzeń, które kojarzy mi się z tym pięknym miesiącem jest Pierwsza Komunia św. Z tym, że dziś często przybiera ona różny charakter.
Kilka dni temu znalazłem bardzo ciekawy tekst... Z resztą przeczytajcie sami.

Z PAMIĘTNIKA KOMUNIJNEJ MATKI
Aby zorganizować Komunię potomka, trzeba roku, sporych umiejętności logistycznych oraz portfela z wypełnieniem. Dla ukochanego dziecka – wszystko!


• Maj, rok przed
Czas goni. Mariolka, mama Amandy, już dawno zarezerwowała salę. No ale wiadomo: co nagle, to... Strach się bać tego jej przyjątka. Ja, na spokojnie, po odwiedzeniu 13 restauracji i 5 domów weselnych zdecydowałam: przyjęcie komunijne skarbeczka odbędzie się w restauracji Wellnes &Szpan.

• Wrzesień, osiem miesięcy przed
Jak można do przyjęcia komunijnego własnego dziecka podchodzić niefrasobliwie i bezrefleksyjnie?! Część rodziców nawet nie wie, ilu gości na przyjęcie zaprosi! Nie mówiąc o wybraniu projektów strojów, fryzur. Ja swojemu skarbeczkowi zamówiłam analizę kolorystyczną twarzy, a w przyszłym miesiącu jedziemy do stylisty.

• Październik, siedem miesięcy przed
Stylista – profesjonalista! Już po dziesiątej przymiarce dokonałam wyboru. Mój skarbek co prawda troszkę się buntował, bo zakonnica, co ich uczy religii, mobinguje w kierunku jednakowych strojów. Ale wytłumaczyłam dziecku spokojnie (na ile się dało), że alby czy inne tego typu mundury to może fajnie wyglądają w poprawczaku. Ja się wstydzić nie zamierzam.

• Listopad, pół roku przed
Czas wybrać kwiaty na przyjęcie, muzykę i zarezerwować autokar dla gości, którzy po przyjęciu nie będą chcieli ryzykować powrotu własnym samochodem. Odpowiedzialnych popieram. Zakonnica dalej mobinguje dzieci jednakowymi strojami. Teraz też wymyśla kolejne zaliczenia i egzaminy. Cóż. Kazałam skarbeczkowi te egzaminy odbębnić. Przecież nie będę teraz wszystkiego odwoływać. A co z zaliczkami? Zakonnica mi odda?

• Styczeń TEGO roku
Spędziłam pół dnia na wyborze zaproszeń. Co za bezgustne te firmy poligraficzne! Musiałam w końcu sama stworzyć projekt. Na pierwszej stronie jest zdjęcie mojego skarbeczka ze złożonymi rączkami. Na górze aureolka ze złotych kwiatków, na dole napis: „Skarbeczek serdecznie zaprasza”. Wszystko zachowane w stylistyce pasteli i złota. W środku napis: „Skarbeczek z rodzicami mają zaszczyt zaprosić na przyjęcie komunijne, które odbędzie się w Restauracji Wellnes&Szpan o godz. 14. Przed przyjęciem chętni mogą uczestniczyć w oficjalnych kościelnych obchodach komunijnych, które rozpoczną się o godz. 11. Prosimy o zapoznanie się z listą prezentów (w załączniku)”. Teraz tylko skompletować listę i można rozwozić zaproszenia.
• Luty, Lista prezentów: 
IPod, iPad, laptop. Quad (może być na spółkę). Roczna nauka jazdy na kucyku, wraz z wynajęciem konia. Rodzinna wycieczka na Kanary (może być równowartość w kopercie). Z drobniejszych prezentów (żeby każdy gość czuł się komfortowo): Rower firmy ABC, model 2011, zegarek (tradycję wspieramy) firmy DEF, namiot z podgrzewaną podłogą firmy GHI. Narty, kask i kijki (żeby nie było problemu z przymiarką, może być ekwiwalent w kopercie) firmy JKL. Złoty pierścień cnoty tylko od firmy MNO (w sumie niezła inwestycja, bo złoto ostatnio drogie. Poza tym trzeba dziecko w wartościach wychowywać). Pakiet ubezpieczeniowy w firmie PRS i lokata długoterminowa banku TUWZ.

• Kwiecień, 30 dni przed
Strój odebrany. Jesteśmy też po próbnej fryzurze. Za trzecim razem się udało: fryzurka doskonale współgra ze strojem i dodatkami. Kupiłam też „bieliznę komunijną”. Jedyna taka w katalogu wysyłkowym z pięknym napisem na majteczkach „Pierwsza komunia skarbeczka”.

• Maj, dwa tygodnie przed
Emocje sięgają zenitu. Zakonnica nie chce dopuścić skarbeczka do Komunii. Podobno nie umie jakichś modlitw. Cóż, będziemy negocjować.

• Maj, dziesięć dni przed
Skarbeczek zaliczył. Zakonnica pokonana.

• Maj, dwa dni przed
Ta zakonnica to chyba oficer rezerwy. Dzieci musztruje, żeby mówiły, stały i klękały pod linijkę. Obóz karny, czy co? Za trzy dni to ja jej powiem...

• Maj, tydzień PO
Uf!!!! Udało się. Skarbeczek zadowolony z prezentów i ja w sumie też (iPad w nieodpowiednim kolorze). Restauracja i przyjęcie na najwyższym poziomie. Miny gości – gdy kelnerzy wnosili kolejne dania – bezcenne. Skarbeczek wyglądał przecudnie, najlepiej ze wszystkich dzieci. Wszystko nagrane na dwie kamery i uwiecznione na profesjonalnej sesji zdjęciowej. Zakonnicy powiedziałam, co o tym jej całym przedkomunijnym szaleństwie myślę. Nawet nie próbowała się bronić. Ja się czuję zmęczona, ale i szczęśliwa. Bo czego się nie robi dla dobra dziecka...

Materiał ironiczny powstał po lekturze forów dla rodziców oraz stron internetowych.
(Autorka tekstu: Agata Puścikowska, źródło: http://kosciol.wiara.pl/doc/852825)
Co Wy na to? Na szczęście to tekst ironiczny i bardzo przesadzony. Ja na szczęście nie spotkałem się nigdy z taką sytuacją... Ale może żyję w innym świecie? Co Wy na to? Zapraszam do komentarzy!

czwartek, 14 kwietnia 2011

Masz już jajka na święconkę? Zostało kilka dni... Pospiesz się!

Zauważyłem, że niemal wszystkie moje wpisy wrzucam na stronkę dość późną porą. Może jakoś pod wieczór te myśli lepiej się układają... A może to wynik tego, że wiele rzeczy odkładam na późną porę. Przyznam się (tak w ramach spowiedzi wielkanocnej), że zawsze miałem z tym problem. I chyba ciągle go jeszcze mam... 

Ostatnie dni Wielkiego Postu... ile to jeszcze rzeczy trzeba zrobić... i znów na ostatni moment.

Jakoś inaczej niż zwykle przeżywam ten czas. Może dlatego, że nie mam możliwości uczestniczyć w cotygodniowej Drodze Krzyżowej, Gorzkich Żalach. Przeżywam ten czas bez typowych rekolekcji wielkopostnych, czy kazań pasyjnych... Jest inaczej. 

Za tydzień rozpoczyna się Triduum Paschalne... Czy ja to czuję?

Pamiętam, że w dobrym przygotowaniu do Wielkanocy kiedyś służyło nam to, że np. słuchało się mniej radia, albo wcale w ogóle rezygnowało się z muzyki.

Ostatnie rozmowy ze znajomymi pomogły nam dojść do niemal identycznych wniosków. Otóż zauważyliśmy, że dziś, nawet w Polsce, Wielki Post jest przeżywany już zupełnie inaczej niż było to całkiem niedawno. Oto choćby jeden przykład. Otóż czytam na jednej z lokalnych stron, dotyczących mojego miasta rodzinnego, że w minioną sobotę (09.04.2011) odbyła się dyskoteka w stylu lat  80-tych i 90-tych. Organizatorzy, za pośrednictwem mediów, zapraszali gorąco do udziału, a także do przebrania się w ubrania z tamtych lat...

Może ktoś powie: "Czym ty się chłopie dziwisz?". Faktycznie, przeglądając niedawno różne informacje znalazłem wiele tego typu "akcji", jak np.: koncerty, wybory Miss, konkursy tańca dyskotekowego etc. Owszem, świat tak czyni... Ale myślę sobie, że kiedy przestanę się temu dziwić, to będzie bardzo zły znak świadczący o moim stanie ducha.

Mam świadomość, że tego typu "imprezy" to nie nowość (sam pamiętam gdy wiele lat podczas Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek przechodziliśmy obok dyskoteki, która tego dnia tętniła swoim życiem). Ale kiedyś to był chyba wyjątek. A dziś mówi się: "to jest normalne", że "to norma"... 

Po co więc jest nam dany czas 40 dniu dni? Czy nie lepiej byłoby ograniczyć Wielki Post do np. 1 lub (maksymalnie) 2 tygodni. Też byśmy się wyrobili... A nie?

Przecież kupić jajka i białą kiełbasę na święconkę się zdąży... A i spowiedź wielkanocną może się uda "odhaczyć", jak dobrze...

Ale czy naprawdę o to chodzi? Czy Wielkanoc mam ograniczyć się do święconki, zająca i lanego Poniedziałku?

Te ostatnie dni mogą być czasem ważnej refleksji i swoistym rachunkiem sumienia. 

Jak przeżyłem ten czas przygotowania? Czy potrafię pościć? (Polska to jedyny kraj w Europie, gdzie pości się w każdy piątek - to nasz wielki skarb!). Jeżeli nie potrafię odmówić sobie "głupiej" kiełbaski, schabowego lub parówki w piątek (w sytuacji gdzie innych produktów są setki), to czy moja wiara ma w ogóle jakąkolwiek namiastkę "głębi"? Jeżeli nie stać mnie na wykonanie takiego "drobiazgu", to czy stać mnie na cokolwiek?

Pytań wiele... Ale jest jeszcze kilka dni... 

I znów wszystko na ostatnią chwilę... Ale On czeka, on JEST...
Daj Mu szansę, by on mógł w Tobie umrzeć i zmartwychwstać!


PS. Z dedykacją dla wszystkich, na ostatnie dni Wielkiego Postu: